Shtetl Routes. Vestiges of Jewish cultural heritage in cross-border tourism in borderland of Poland, Belarus and Ukraine

Beta version

Shtetl Routes. Vestiges of Jewish cultural heritage in cross-border tourism in borderland of Poland, Belarus and Ukraine

Beta version

NN Theatre

Dobosz

Dow Ber Horowic, Dobosz, tłum. Bella Szwarcman-Czarnota, Winderleche majses, farlag Wanderer, Warsze 1923

 

Dobosz

Kto z was nie słyszał o wielkim rycerskim rozbójniku Doboszu, niekoronowanym orle Karpat, szlachetnym a mocarnym bohaterze ukraińskich legend, słynnym nie tylko w całej Czarnohorze, głównym jego królestwie. Również od Beskidów aż po polskie Tatry rozbrzmiewa jego imię.

Albowiem dziwnym, niezwyczajnym rozbójnikiem był ten Dobosz. Prostych ludzi zostawiał w spokoju, nie tykał ich, a wręcz odwrotnie – brał pod swoje budzące lęk skrzydła, jedynie ku tym potężnym i możnym kierował swój dziki pęd do rabowania.

Kiedy tylko jakiś bogacz czy dziedzic zmuszał, niczym faraon, swoich pańszczyźnianych chłopów do pracy, Dobosz bez umiarkowania ich gnębił i pędził – hajda na niego z karną obławą. Niczym jastrzębie druhowie spadali szybko z góry, podpalali jego gospodarstwo z wszystkich czterech stron i jeśli nie poddał się dobrowolnie, torturą czy biciem kijami go pacyfikowali, tak jak on postępował ze swoimi poddanymi – żeby popamiętał i opowiedział o tym swoim wnukom.

Jego majątkiem dzielono się po bratersku. Co ze złota lub srebra było łatwo zabrać, wrzucano do worków; oprócz tego wkładano zrabowane mienie na konie, które zabrali w drogę, a także tuzin najlepszych krów….

Dygocącemu, odmawiającemu modlitwę przedśmiertną arendarzowi kazali wydobywać beczki z wódką i z winem. Jeśli był biedny, płacono mu w złocie, bogatemu zostawiali figę – niech mu Bóg za to zapłaci. Czasami, jeżeli któryś kręcił i ze strachu się ociągał, tracili cierpliwość i nie szczędzili mu razów harapem.

Do Dobosza zwracali się biedni i będący w potrzebie, a on nigdy nie odsyłał ich z pustymi rekami i zawsze ich wysłuchał – i odchodzili z błogosławieństwem.

A gdy chłopi spierali się o coś i nie mogli dojść do porozumienia, udawali się do Dobosza, by on ich rozsądził. I oni też odchodzili od niego z błogosławieństwem.

Gdy opryszkowie musieli już ze swoimi pełnymi workami wracać w góry, by zniknąć na jakiś czas w swoich niedostępnych kryjówkach i grotach – wówczas wzdłuż drogi stali chłopi ze swoimi rodzinami, podrzucali do góry czapki, śpiewając pożegnalne pieśni i błogosławiąc ich; a siwowłosi starcy kreślili nad nimi znak krzyża.

Niejedna chrześcijańska dziewoja fałdami fartucha ocierała sobie oczy, życząc im: „Niech was Bóg prowadzi, chłopaki”.

2.

Po tym wstępie możemy przejść do sedna naszej historii i opowiedzieć o spotkaniu, jakie miał mój praprapradziadek, raw Aaron Lejb Horowic, „Jasiner” przyjaciel i krewniak błogosławionej pamięci świętego Baal SzemTowa, o którym mogliście się dowiedzieć więcej z mojego opowiadania Chedwa (Radość).

Kiedyś, w święto Sukot, podczas witania uszpizin[1], siedział otoczony swoimi synami i zięciami w wielkim szałasie, który ustawiono tak, że przylegał bezpośrednio do jego domu (kobiety podawały jedzenie przez okno) i wraz z nimi, jak obyczaj nakazuje, głośno, donośnie i pełną piersią śpiewał zmires[2]. Ich głosy miło rozbrzmiewały w głębokich ciemnościach nocy i przepędzały precz różne demony i duchy nieczyste.

Raptem, otwierają się drzwi szałasu i na progu staje ogromny Hucuł, przystojny, o kędzierzawych czarnych włosach i wąsach, bogato przyodziany w niedzielne ubranie. Na głowie ma kapelusz z prawdziwymi pawimi piórami, na ramieniu drogi karabin, koszula obficie dziergana czerwonymi i niebieskimi nićmi, szeroki rzemienny pas na biodrach, zza którego sterczą zatknięte dwa pistolety z rękojeściami wysadzanymi diamentami, ponadto miał tatarski kindżał, błękitne spodnie i czerwone safianowe buty. Jego postać była piękna, a zarazem budziła strach. Nasi ludzie przybledli i nie musieli się długo zastanawiać, żeby odgadnąć kto przed nimi stoi – Dobosz.

Nasłuchali się wielu przerażających historii i nieraz drżeli na samą myśl o nim. A może… może jeśli kiedyś wpadnie też do Jasiny, Boże, uchowaj… a oto teraz stoi przed nimi żywy.

Ale usta Dobosza rozciągnięte były w szerokim uśmiechu, a oczy spoglądały dobrotliwie i przyjaźnie.

– Dobry wieczór, Aronku – powiedział – dobry wieczór wam wszystkim. Wybaczcie mi, że przyszedłem nagle i bez zaproszenia. Nie będę też, Boże uchowaj, przeszkadzał. Szedłem wraz z moimi towarzyszami drogą – i usłyszałem wasz śpiew. Wszystkim nam zrobiło się tak błogo na sercu, że zatrzymaliśmy się dłużej, by posłuchać. Jeśli pozwolicie, to zawołam pozostałych i pobędziemy tu godzinkę z wami. Nie obawiajcie się niczego, macie słowo Dobosza, że nikomu z was ani z waszych domowników włos z głowy nie spadnie.

Żydzi się uspokoili, wiedzieli bowiem, że słowo Dobosza jest święte. Dobosz więc gwizdnął, a po chwili szałas był pełen opryszków, rosłych, barczystych: „Hucułów” i „Bojków”, wszyscy niemal tego wzrostu, co „herszt”, jednak nikt nie był od niego wyższy.

Poproszono ich, żeby usiedli, oni usłuchali i rozgościli się wokół stołów, a reb Aaron Lejb Jasiner wraz ze swoimi domownikami dalej przyjmował uszpizin….

Podano gościom wódkę i lekach – ciasto na zakąskę, a oni siedzieli cicho i z szacunkiem przyglądali się ceremonii i wsłuchiwali się w zmires, czerpiąc z tego najwyraźniej ogromną przyjemność.

Siedzieli tak przez jakiś czas, po czym bardzo uprzejmie się pożegnali, pokłonili się i podziękowali za przyjęcie. Marat[3] Perl, moja prapraprababcia, w świątecznym stroju: w chuście, z długimi diamentowymi kolczykami w uszach, otulona jedwabnym tureckim szalem, stała przy oknie jak księżniczka – a oni kolejno całowali jej dłonie. (Pozostałe kobiety nie odważyły się pokazać, lecz ukradkiem zerkały zza firanek).

A potem przybysze udali się w swoją drogę.

Po chwili jednak, gdy już się oddalili, rozległy się ich kołomyjki, wesołe i swobodne. Chcieli się otrząsnąć z wpływu obcych, cudownych zmires.

I reb Aaron Lejb oraz jego domownicy podnieśli oczy do nieba i oddali Bogu, oby był błogosławiony, cześć i wielkie podziękowanie za to, że zasłużyli sobie na to, by wyjść cało z takiego strasznego spotkania.

3.

Opowieść, którą właśnie przytoczyłem, rozegrała się w czasie, gdy święty Beszt praktykował swoje siedmioletnie modlitwy w odosobnieniu – w naszych Karpatach, w górach otaczających wieś Czerniawkę, położoną między Kutami a Kosowem. Któż z was nie wie o tym świątobliwym i przepojonym świętością życiu, które wówczas wiódł wówczas w ukryciu? [jako nistar]. Kto z was nie wie, jakie trudy i jaką nędzę musiał znieść, Boże nie dopuść, dla swojej świętej koszernej żony, szlachetnej marat Chany Malki? Dla niej samej nie było takiego ciężkiego zadania, którego by nie podjęła dla ukochanego, świętego męża. Z radością trudziła się, choć była nienawykła do trudu. Z radością i cierpliwie popędzała małego huculskiego konika, który mozolnie ciągnął ciężki wóz z gliną przez trudne, błotniste leśne i polne drogi do Kosowa lub do Kutów, by tam, na targu, zarobić parę groszy, potrzebnych wszystkim na utrzymanie od szabatu do szabatu.

Niejeden raz się zdarzyło, że koń stawał pośrodku kałuży razem z wozem, i marat Chana musiała swoimi własnymi ramionami kłonicą popchnąć tylne koła, powtarzając „wio”: wio, mój koniku, wio, kochaniutki, ale bicza nigdy, Boże uchroń, do ręki nie brała.

A czasami, gdy koń zanadto się rozgrzał, lał się z niego pot strumieniami i biły kłęby pary, litościwie go wycierała własnym fartuchem i wełnianą gojowską derką, którą wyścielała drewniane siedzenie, żeby jej było miękko, z miłością do stworzenia bożego, okrywała go i otulała.

„Hucuł”, czując jej troskliwość, wesoło i z wdzięcznością potrząsał grzywą, strzygł uszami, machał ogonem…

4.

Aż pewnego czystego, przejrzystego jesiennego poranka, zaraz po Sukot, znana nam już dobrze grupa nieproszonych gości odpoczywała swobodnie i wesoło w lesie przy drodze do Kosowa; byli to ci sami ludzie, których spotkaliśmy u reb Aarona Horowica z Jasiny.

Ich zwinne górskie koniki pasły się ze spętanymi nogami, i w tatarskich siodłach albo nieosiodłane, a oni sami rozkoszowali się jedzeniem i piciem dobrej wódeczki.

Droga ich prowadziła pieszo od Sywuli, Doboszanki i Chomiaka – mieli zatem czas wpaść do dwóch wiosek w pobliżu Sołotwiny, gdzie wyprawiali takie hece, jakie opisaliśmy na samym początku, a teraz już byli w drodze do siebie z łupami, podążając do swoich odległych, wygodnych jaskiń w dzikiej Czarnohorze.

Gdy tak się weselili wokół watry, a wielki srebrny rzeźbiony kielich napełniony winem przechodził z rąk do rąk, jeden z grupy, adiutant Dobosza Iwan Sadahorski przerwał, gdyż usłyszał śpiewający żeński głos, który współbrzmiał harmonijnie z dudnieniem jadącego wozu.

– Towarzysze – zwrócił ich uwagę – jedzie wóz i wszystko wskazuje na to, że będziemy tu mieli zaraz damskie towarzystwo.

Od razu zamilkli i jak gdyby się przyczaili.

Skrzypienie kół wozu i głos były coraz bliżej.

– Dziwne melodie – odezwał się Dobosz – to nie Hucułka śpiewa, to nie są nasze pieśni. Cóż to za słodki głos, bracia, nawet anioł nie śpiewałby piękniej.

Tymczasem wóz wjechał już na leśną drogę i teraz już było wyraźnie widać siwego konika drepczącego przed wozem; na wozie jechała znana już wam marat Chana Malka.

Dobosz wydal polecenie:

– Niech przyprowadzą do mnie tę „krasawicę”, niech się trochę z nami zaznajomi.

I natychmiast Iwan Sadahorski wetknął w usta swój gruby palec i ostry gwizd rozdarł powietrze.

Konik rzucił się w bok, a marat Chana się zlękła, rozejrzała się wokół siebie i zauważyła, że w jej stronę zmierza para opryszków, których od razu rozpoznała po ich dostatnich strojach.

Nieraz spotykała na swojej drodze podejrzanych chłopaków, ale wtedy naciągała chustę na oczy, żeby nie bił od niej blask, pamiętała też o broszce, którą dostała od męża, zatem nigdy nic złego się jej nie przytrafiło.

W tej chwili jednak zmieszała się bardzo, ponieważ sytuacja przybierała niedobry obrót.

Opryszkowie z zadowoleniem odnotowali, że przed nimi stoi prawdziwa piękność i zapłonął w nich nieczysty, grzeszny ogień żądzy.

Chociaż marat Chana miała na głowie czerwoną chustkę, jak również czarny wełniany serdak taki, jaki noszą miejscowe wieśniaczki, oni od razu rozpoznali w niej obcą kobietę, i to delikatną, i nie zmylił ich jej niewyszukany strój.

Iwan Sadahorski, który doskonale wiedział, że w pobliskich Kutach mieszka wielu Ormian, zadał jej pytanie:

– Jesteś Ormianką czy Żydówką?

A marat Chana odpowiedziała na to:

– Jestem Żydówką i jadę do męża, który mieszka tu niedaleko w lesie, modli się do Boga i zbiera zioła, aby móc cierpiących i chorych leczyć swoją wiedzą. Nie posiadamy o wiele więcej niż tego konia i wóz. Proszę was, nie grzeszcie więcej. Nie stójcie na mojej drodze i puśćcie mnie wolno.

Iwan Sadahorski, śmiejąc się, stanął naprzeciwko:

– Ha, ha, nie pozbędziesz się nas tak szybko. Przede wszystkim Dobosz musi ci się przyjrzeć. Zaręczam ci, że swoimi czarnymi oczami tak dobrze do ciebie przemówi, moja gołąbeczko, iż zupełnie zapomnisz o swoim mężu i sama poprosisz, żebyś mogła tu zostać.

Tak chełpliwie przemawiał Iwan Sadahorski i nawet wyzywająco podniósł swoją rękę jak do przysięgi. Ale gdy już miał swoimi nieczystymi rękami dotknąć świątobliwego ciała skromnej kobiety, poczuł raptem w dłoni ostry ból i stała się ona tak ciężka, że musiał ją opuścić w przestrachu.

– Tfu – splunął – jakaś czarownica, czy co.

Jego towarzysze się zaśmiali: „co to za siłacz, co drży przed białogłową”.

– No to teraz wy pokażcie jej, co potraficie – odpowiedział im niecierpliwie Iwan Sadahorski.

Nie dali sobie powtarzać dwa razy i próbowali zrobić to samo co Iwan. Ale im przydarzyło się coś jeszcze gorszego.

Nieznana moc ich opanowała i to z taką siłą, że zostali wprost przygwożdżeni, leżeli, przylgnąwszy do ziemi w śmiertelnym przerażeniu i głośno jęczeli z bólu.

Zdumiony i rozzłoszczony z powodu tego, co się zdarzyło na jego oczach, Dobosz wraz ze swymi towarzyszami podszedł bliżej i w osłupieniu i lęku przyglądali się domniemanej czarownicy. W Doboszu zawrzało, nie znał bowiem lęku. A może teraz zapragnął stanąć przed swoimi towarzyszami i dowieść im swej potęgi.

– Czarownico! – krzyknął – Podnieś no moich towarzyszy z ziemi, bo jak nie, to cię zarżnę jak owcę – mówiąc to, wydobył kindżał zza szerokiego pasa.

I stał się cud – w jednej chwili kindżał wypadł mu z ręki, a sama ręka pokryła się otwartymi wrzodami.

Teraz już ich przestrach nie miał granic, a ich pycha zamieniła się w głęboką uniżoność. Przystąpili do niej i błagali:

– Jedź w pokoju swoją drogą, a jeśli zechcesz, to cię odprowadzimy, bo widać jesteś Bożą istotą i powiedziałaś nam prawdę – ale spraw, żeby nasi towarzysze powstali z ziemi, a nasz przywódca ozdrowiał.

– Ostrzegłam was i powiedziałam kim jestem. U nas, Żydów, nie ma żadnych czarownic. To Stwórca Wszechświata przysłał swoich aniołów, by strzegli słabej niewiasty z uwagi na zasługi jej świątobliwego męża. Jeśli pożałujecie swego uczynku i złożycie przysięgę, że będziecie postępować wedle zasady mida keneged mida [miara za miarę – tłum.], zaprowadzę was do mojego męża i mam nadzieję, że uleczy wasze schorzenia z Bożą pomocą.

I wszyscy opryszkowie, jak jeden mąż, nabożnie się przeżegnali i przyrzekli, jak im nakazała maharat Chana.

Wzięli Dobosza i tych uszkodzonych, leżących na ziemi i wsadzili ich na wóz, uprzednio wyścieliwszy go wełnianymi serdakami i kożuszkami. Następnie przygotowali konie i ruszyli w dalszą drogę do świątobliwego Beszta.

5.

Był to osobliwy orszak. Przodem, na koniu Dobosza, jechała maharat Chana, za nią wóz z chorymi otoczony pieszymi, podtrzymującymi pojazd, gdy trzeba było jechać pod górę, pomagali ciągnąć koniowi, a na samym końcu jeźdźcy z workami.

I tak podążali pomalutku, aż przed zachodem słońca dotarli do dwóch dużych lesistych stromych gór i do doliny, w której znajdowała się chatka świętego Beszta.

Gdy spojrzeli ku wierzchołkom gór, zobaczyli, że na zboczu jednej z nich stoi człowiek, z uniesionymi rękami, w słońcu, jak jakieś niebiańskie zjawisko, promieniejąc swoim świętym natchnieniem.

Marat Chana się uradowała:

– Teraz odmawia minchę[4] i żegna zachodzące słońce…

I rozbójnicy zobaczyli, że ten człowiek idzie z głową uniesioną do góry i podniesionymi rękami i nie patrzy przed siebie – już już, wydałoby się, jest na krawędzi, jeszcze chwila, i runie w przepaść, sto stóp w dół i się roztrzaska na kawałki…i nagle zdarzył się cud, ta druga góra pochyliła się ku pierwszej, i święty Beszt, nie zmieniając nawet postawy szedł dalej swoją drogą.

Pobożne serce marat Chany Malki biło mocno i radośnie. Te cuda i dziwy napełniły ją cierpliwością i nadzieją, dlatego łatwiej było jej znosić wszystkie trudy i dźwigać ciężary.

A opryszkowie zdjęli z głów czapki, pokłonili się pokornie i trzykrotnie się przeżegnali na ten widok.

A tymczasem słońce już zaszło i święty Beszt za pomocą kficat haderech[5] znalazł się na samym dole.

Nasz orszak dotarł do znajdującej się w dolinie zwyczajnej chaty, zbudowanej z krągłych, ociosanych bali sosnowych, o dwóch pojedynczych okienkach, z jedną szybą i dachem krytym słomą.

Słysząc hałas, Beszt wyszedł na próg swojego domku i uśmiechnął się na widok swojej żony w dziwnym towarzystwie, do tego jeszcze jadącej na koniu.

Podszedł i pomógł jej zejść, a ona rzuciła mu się na szyję i małżonkowie ucałowali się z radością (nie musiała mu opowiadać o tym, co się wydarzyło, bo przecież on i tak o tym wiedział jako święty mąż). Opryszkowie tymczasem mogli się przyjrzeć uważniej człowiekowi, w którym rozpoznali bożego wędrowca z gór i bardzo się dziwili jego skromnemu otoczeniu, był bowiem o wiele biedniej ubrany niż oni, niemal tak jak okoliczni chłopi: w krótkim kożuszku, odwróconym futrem na wierzch, niebieskich wełnianych „szarawarach” i zwykłych butach.

Jedynie z jego błękitnych oczu i świeżego, jasnego oblicza okolonego długą, jasną brodą promieniowała anielskość.

Z odsłoniętymi głowami pokłonili się Besztowi, a Iwan Sadahorski przystąpił do niego, pocałował go w rękę i rzekł:

– Wybacz, Boży człowieku, że tak ciężko zgrzeszyliśmy, nie będąc świadomi kim jesteś. Niechaj twój gniew wobec nas, wielce zawstydzonych, nie wyleje się na naszego herszta Dobosza, na naszych towarzyszy, którzy leżą złożeni niemocą na wozie. Prosimy cię, dokonaj wobec nas aktu miłosierdzia i pomóż nam, aby oni mogli ozdrowieć.

I święty Beszt, ku ich wielkiej radości, tak oto odpowiedział:

– Nie gniewam się, nie gniewam się, z Bożą pomocą uczynię wszystko, by jak najrychlej byli zdrowi…

6.

I opryszkowie zbudowali sobie szałasy w pobliżu, by zamieszkać w nich, dopóki nie wyzdrowieją ich towarzysze.

Beszt nawiedzał chorych codziennie i warzył im najrozmaitsze zioła, które miały ich wyleczyć.

Szczególnie oczy Dobosza przepełniały się radością, gdy święty Beszt przekraczał próg jego „koliby”.

Prowadzili długie rozmowy, podczas których Dobosz zadawał pytania, a Beszt odpowiadał na nie, tak jak rabin swojemu uczniowi.

W trakcie tych rozmów coraz bardziej ujawniała się dobroć serca drzemiąca w Doboszu.

Pewnego razu Beszt zadał mu pytanie:

– Jak długo jeszcze będziesz rozbójnikiem? Popatrz, jest w tobie tyle dobroci i miłości do wszelkiego stworzenia, czy nie możesz osiąść gdzieś, pracować na roli, postawić dom, wziąć sobie żonę, mieć dzieci, wychować je i po prostu żyć, jak Bóg przykazał? Czemu tak grzeszysz? Czemu bierzesz sobie to, co Bóg nie tobie przeznaczył? Cokolwiek uczynisz, pozostajesz złoczyńcą, chociaż chcesz dobrze – jesteś pewien, że uczucia twoich towarzyszy są takie same jak twoje, i że oni nie rabują dla samego rabowania?

A Dobosz zaczął się usprawiedliwiać:

– Cóż mi pozostało innego do roboty, święty człowieku? Wyrosłem ponad miarę i ponad miarę jestem zdrowy i byłem jedyną radością i dumą mojej matki-wdowy. W naszych górach nikt nie wiedział niemal nic o tym, ile złego jest w tym innym świecie. W naszych górach, jak wiesz, panów nie ma, nie wiemy co to knut ni nahajka nastawnika, nasze grzbiety są dumnie wyprostowane, jesteśmy wolni jak orły. Las jest nasz, wesoło ścigamy niedźwiedzie i jelenie, Połoniny są nasze, pasiemy na nich owce, stamtąd słychać melodie wygrywane na trombitach, fujarkach i dudach, którymi bacowie pasący owce skracają sobie letnie długie słoneczne dni.

Musieli dopiero dotrzeć aż do nas werbownicy i komisarze, by zrobić z nas rekrutów, obciąć nam długie, kędzierzawe włosy, odziać w ciasne kajzerskie spodnie I wywieść nas daleko od domu, do Wiednia, za głęboki Dunaj, tam, gdzie nawet kruki nie znajdą naszych kości.

Przywiedli nas do Kołomyi, gdzie pilnowali nas żołnierze. Aż do późna w noc gadaliśmy, pokrzepiliśmy się, napadliśmy na strażników, związaliśmy i z ich bronią uciekliśmy w góry, w nasze góry.

Od tej pory prowadzimy z nimi i z ich prawami walkę. Walkę na śmierć i życie. I ciężka jest nasza walka, i straszne jest nasze życie. Jak widzisz, do tej pory zwyciężaliśmy…

7.

Poszkodowani towarzysze już się podnieśli z łoża boleści i czekali na Dobosza, którego rany też były niemal zagojone. Mógł już poruszać rękami i rozmyślając spacerował po dolinie.

Bardzo chętnie prowadził rozmowy z Besztem. I pewnego razu, nie mogąc się go doczekać, wziął się na odwagę i zapukał do drzwi swojego uzdrowiciela.

Beszt wpuścił go do środka, a on z zainteresowaniem rozglądał się po ubogiej izdebce, w której znajdowały się sprzęty: szeroka prycza pokryta słomą, przykryta derką, stół i jedna ławka. Na stole księgi. W kącie gliniany piec, z którego dym wychodzi przez drzwiczki.

Dobosz miękkim cierpliwym głosem przemówił:

– Wkrótce się pożegnamy, święty człowieku, więc chciałem cię zobaczyć w twoim własnym mieszkaniu. Wybacz mi moją ciekawość…

– Proszę, proszę – odparł Beszt – jestem bardzo rad, że przyszedłeś. Wobec tego tutaj przekażę ci plan, jaki dla ciebie obmyśliłem, żebyś ze swoimi towarzyszami mógł się ratować, jeśli chcecie zostać baalej tszuwa[6]… Wysłuchaj mnie zatem, jaką mam radę dla ciebie: rzuć rozbójnictwo, i idź ze swoimi towarzyszami w góry Mołdawii, do Tugaru. Tam chrześcijan do wojska nie biorą. Nikt was tam nie zna. Osiądźcie tam, kupcie ziemię i okażcie skruchę. A potem możecie posłać kogoś po wasze dziewczyny, jeśli one będą wam wierne i zapragną z wami pójść – tam się z nimi pobierzecie.

Dobosz, w którym podczas choroby dokonała się wielka przemiana i który wskutek bliskości Beszta naprawdę zatęsknił za oczyszczeniem, zapalił się do tego planu. Był w gorącej wodzie kąpany, więc z wielkiej radości aż podskoczył.

– Zrobię jak każesz, święty człowieku, – zakrzyknął – na Boga, uczynię – złożył przyrzeczenie.

Ale Beszt dodał:

– Jeśli chcesz, żeby ten plan się powiódł, pilnuj, żeby cię żal nie opanował, byś nie wracał w dolinę. Musisz bezpośrednio stąd wyruszyć w drogę i iść prosto aż do Mołdawii…

Dobosz zapewnił:

– Usłucham tego, co mówisz i uczynię wszystko wedle twoich świętych słów, bądź błogosławiony za te porady.

I w Dobosza wstąpiła inna dusza i z nowymi nadziejami wybiegł z izby do swoich towarzyszy.

8.

Święty Beszt udzielił rady, którą Dobosz wiernie powtórzył swoim towarzyszom, i przypadła im ona do gustu.

Również oni, gospodarscy synowie, zatęsknili już za spokojnym życiem, za białymi miękkimi łóżkami, za ciepłym piecem, spokojnym dachem nad głową, gospodarzeniem, za żoną i dziećmi…

Ostatnie dni chodzili, tak jak i wyleczony już Doboszem, jak we śnie, gawędząc o swoim dalszym życiu i w pośpiechu przygotowując się do drogi.

Wreszcie nadszedł dzień ich odejścia. Ustawili się w orszaku, pojedynczo, aby się pożegnać ze świętym Besztem, i podziękować mu w ciepłych słowach za to, że wlał w nich nową duszę i wskazał im drogę do wolności.

Święty Beszt na każdym z osobna kładł rękę i błogosławił.

Z Doboszem święty Beszt ściskali sobie długo ręce. Oczy Dobosza zwilgotniały.

Idąc, odwracali się co chwila i z daleka długo wymachiwali czapkami.

I Beszt machał im swoją świętą prawą dłonią.

9.

Teraz, gdy mieli się rozstać ze swoimi ojczystymi górami, opryszkowie poczuli, jak bardzo są im one drogie.

Maszerowali z Czarnohory, przeważnie nocami, aby nikt z doliny ich nie wypatrzył i by nie urządzono obławy, co mogłoby ich zbyt długo zatrzymać w górach albo w ogóle uniemożliwić im drogę.

I było im bardzo smutno i ciężko na sercu, bo musieli się rozstać z tyloma ukochanymi miejscami.

Niejeden z nich widział teraz przed sobą wilgotne wpatrzone w siebie oczy ukochanej – musieli odejść bez pożegnania, bez pocieszenia i dopiero teraz odczuli, jak trudny był wydany przez świętego Beszta zakaz zejścia do doliny.

Pewnego razu noc zastała ich na górze, w pobliżu Kosowa, gdzie ujrzeli w dole przyjaźnie rozświetlone okna; a parę spośród nich, niedaleko od miasta, Dobosz rozpoznał jako należące do domostwa Stiepana Dźwinki. Niejeden raz nocą pukał do ich drzwi, kiedy Stepana nie było w domu. Stepanicha, jego umiłowana kochanka, wpuszczała go do środka, a wypuszczała dopiero nad ranem, kiedy zapiał kogut.

Myślami był teraz cały przy niej, pieszcząc ją, a pragnienie, by ją zobaczyć stało się tak przemożne, że nie był w stanie nad nim zapanować:

– Druhowie – zawołał nagle – pozwólcie mi choć na godzinę zejść, bo nie wytrzymam, muszę choćby przejść pod oknami Stepanichy. To tam w dolinie, widzicie, jak to blisko stąd; po raz ostatni pożegnajmy się z nią

Jego druhowie przestrzegali go, przypominając słowa świętego Beszta. Na próżno. Żądza Dobosza była nieposkromiona i dzika, jak nurt Czeremoszu. Powiedział do nich:

– Przecież nie mógł tego wiedzieć. Jej dom jest tuż obok, w dole.

Nie wiedział, że te słowa szepnęła mu do ucha sitra achra[7], która od dawna czekała na dusze jego i jego towarzyszy.

A oni nastawali na niego:

– Jeśli ty pójdziesz, to my także; samego cię nie puścimy.

Wszyscy jak jeden mąż zeszli i podążali za Doboszem po zbyt dobrze znanych mu ścieżkach, które najszybciej prowadziły do celu.

I ani Dobosz, ani jego druhowie nie przypuszczali nawet, że to jest jego ostatnia noc na tej ziemi.

Aż do dziś śpiewa się w naszej wiosce smutną piosenkę o jego śmierci, która zaczyna się w jego języku o tak:

Oj, popid czas zelenenkim

Chodiw Dobosz molodenki.

Nawet autor niniejszej opowieści – niechaj mu to nie będzie policzone za grzech – nieraz ją jako mały chłopczyk śpiewał przy watrze z chłopakami, towarzyszami zabaw, którzy paśli krowy.

Nauczyciel domowy musiał długo szukać, aż go znajdował i prawiąc morały prowadził do domu, za rękę, na studiowanie traktatu Bawa Metsia[8].

10.

Przybliżywszy się do chaty Stepanichy opryszkowie się przyczaili, a Dobosz podszedł do okna i zapukał w umówiony sposób.

– Nie otwieram, bo męża nie ma w domu, idź do wszystkich diabłów, nie jesteś mi potrzebny.

– Czy wiesz, do kogo mówisz, i kto na dworze tu stoi? – spytał Dobosz.

– Właśnie dlatego, że zbyt dobrze to wiem, nie otworzę – brzmiała odpowiedź.

W Doboszu zawrzała dzika, zła krew – gniew na kochankę, która była mu niewierna. To, że go wydała i już od dawna czekała, by za jego głowę razem z mężem wziąć zapłatę – nie przyszło mu do głowy.

Jako że wciąż płonął w nim ogień, swoimi mocarnymi ramionami natarł na jesionowe drzwi – i padły pod jego naporem. Wszedł do ciemnego przedpokoju…

Nagle dał się słyszeć wystrzał, który przerwał ciszę nocną. Dobosz, trafiony kulą, padł na ziemię.

To mąż kochanki, Stepan Dźwinko, tak dobrze wycelował ze strychu. Powodowały nim nienawiść i wysoka cena wyznaczona za głowę Dobosza.

Przerażeni druhowie przybiegli i znaleźli go leżącego na klepisku w kałuży krwi. Jeszcze był przytomny.

– Ta suka mnie zdradziła – powiedział słabym głosem – a ja ją tak kochałem… Proszę was, wypełnijcie moją wolę: nie mścijcie się na niej, niech ucieka, będzie i tak wystarczająco cierpiała – błagał swoich towarzyszy. Niechaj chociaż w ostatniej minucie mego życia krew nie zostanie przelana… a mnie zanieście w góry… Pochowajcie mnie pod jodłą. A wy uczyńcie tak, jak radził święty mąż. Niech to będzie wasze zadanie. Nie przelewajcie już krwi, to nie woda z Czeremoszu … Iwanie Sadahorski, bracie mój, ty będziesz moim następcą, teraz to ty ich poprowadzisz.

Czterech spośród towarzyszy ułożyło go na noszach, podścieliwszy mu jego płaszcz. Pozostali ze złamanym sercem, płacząc, podążali za swoim bohaterskim dowódcą w blasku księżyca…

I Dobosz jeszcze długo ich przekonywał, przemawiając słabym głosem. Oczami po raz ostatni chłonął piękno ciemnych gór, lasów i granatowego, rozgwieżdżonego nieba…

I ledwie słyszalnym głosem wyszeptał:

– Wkrótce moja dusza będzie wędrować Drogą Mleczną… Boże, zmiłuj się nad moją grzeszną duszą…

Po tych słowach Dobosz przymknął oczy na zawsze.

11.

A jego towarzysze pozostali osieroceni, jak stado bez pasterza, bez rad i bez przywództwa.

Iwan Sadahorski nie przeprowadził ich przez góry. Rozdzielili się, rozbici. Nie miał nad nimi takiej władzy, jak Dobosz.

 Czarne kruki zaczęły krążyć nad ich głowami, zapowiadając złe wieści.

Obławy stały się częstsze i groźniejsze. Żołnierze nie mieli już co się lękać Dobosza.

Żelazna ręka dosięgła ich wszystkich, a wyrok był bezlitosny: zostali powieszeni.

Na placach w Czerniowcach, Stanisławowa i Kołomyi kołysały się na szubienicach smukłe, rosłe ciała najpiękniejszych, najdumniejszych, najsilniejszych mieszkańców Karpat.

Złe wichry, wzburzone samotnością ich zgasłych dusz, targały czarnymi, długimi kędzierzawymi splotami, które tak niedawno jeszcze młode kochanki przeczesywały delikatnie, ciepło, miłośnie.

 

[1] Hebr. i aram. – goście. Podczas święta Sukot, trwającego osiem dni, co wieczór, w szałasie (hebr. suka) zaprasza się symbolicznych gości, codziennie innego. Tradycyjnie są to: Abraham, Izaak, Jakub, józef, Mojżesz, Aaron, Dawid.

[2] Pieśni wykonywane przy stole, przy okazji świątecznego posiłku.

[3] Tak tradycyjnie nazywa się mężatkę.

[4] Mincha – zestaw modlitw odmawianych po południu.

[5]  Dosł. hebr. – skrócona droga. Świątobliwi mężowie, cadycy posiedli jakoby umiejętność błyskawicznego przenoszenia się w inne, nieraz odległe miejsca.

[6]  L.mn. od baal tszuwa – człowiek powracający na właściwą drogę.

[7] Dosł. hebr. druga, inna strona. Ogół sił stojących na przeszkodzie w drodze do zbawienia. Tu raczej w znaczeniu  „zły impuls”.

[8] Dosł. Środkowa brama – traktat talmudyczny

Map

Photos