Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

 

Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

 

Teatr NN

Brody w czasie wojny

Sz. An-ski, „Tragedia Żydów galicyjskich w czasie I wojny światowej. Wrażenia i refleksje z podróży po kraju”, Przemyśl 2010. Fragment relacji.

Brody w czasie wojny

Ta pożoga, która strawiła prawie połowę miasta liczącego kilkaset żydowskich domów, wybuchła w Brodach w pierwszych dniach wojny, gdy wojska rosyjskie przekroczyły granicę Austrii. Pierwszy oddział kozacki, który zajął miasto bez żadnego oporu wroga, podpalił zabudowania i nie pozwolił ich gasić. Potem, w trakcie wojny, to samo czyniono w Galicji w dziesiątkach miast i miasteczek, tak że stało się to zjawiskiem powszechnym, które nie przyciągało już niczyjej uwagi i na nikim nie robiło wrażenia. Spalenie Brodów było pierwszym w tej wojnie tak brutalnym postępkiem armii rosyjskiej, więc odczuwano jeszcze silną potrzebę przedstawienia jakiegoś uzasadnienia. Wymyślono więc oszczerstwo, które z czasem stało się stałą formułą objaśniającą wszystkie pogromy i gwałty dokonywane na Żydach: żydowska dziewczyna strzeliła z okna do rosyjskiego wojska.

Jeszcze zanim przyjechałem do Brodów słyszałem w kręgach wojskowych oficjalną wersję tego wydarzenia. Gdy pierwszy oddział kozacki wkraczał do miasta, córka właściciela żydowskiego hotelu strzeliła z okna i zabiła oficera. Kozacy natychmiast zabili ją, ostrzelali miasto z dział i spalili całą dzielnicę, w której się to wydarzyło.

Doktor Kalak, który był w Brodach w tamtym czasie, opowiedział mi przebieg zdarzeń następująco:

-Gdy kozacy weszli do miasta i dotarli do głównej ulicy, dał się słyszeć wystrzał i jeden z kozaków został ranny lub zginął. Stało się to koło żydowskiego hotelu. Gdy córka właściciela, młoda dziewczyna, usłyszała strzał, wystraszyła się i wybiegła na zewnątrz. Kozacy natychmiast stwierdzili z pewnością, że to ona strzelała i rozsiekali ją szablami.  Zaraz potem opuścili miasto, ostrzelali go z dział. Jeden z pocisków trafił w bank i zniszczył budynek, zabijając przy tym kilka osób. Na drugi lub trzeci dzień, gdy kozacy przeczesywali dom po domu w tej dzielnicy, wygnali żydowskich mieszkańców na zewnątrz i podpalili zabudowania. Nie pozwolili nic wynosić z domów, ani ich gasić. W ten sposób obrócili liczącą kilkaset domów dzielnicę w zgliszcza. Spłonęło sześć osób, pięciu Żydów i jedna chrześcijanka, nauczycielka. Charakterystyczne jest to, że właściciel hotelu, którego córka jakoby strzelała do kozaków, siedział w chwili wejścia Rosjan w areszcie pod zarzutem sympatii prorosyjskich i został przez Rosjan uwolniony.

Żydowski woźnica, który wiózł mnie z Brodów do Radziwiłowa, a później z powrotem, opowiedział mi też swoją wersję wydarzeń:

„14 sierpnia [wg nowego stylu], o godzinie szóstej rano dały się nagle słyszeć bliskie wystrzały armatnie. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, gdyż nie przypuszczaliśmy, że Rosjanie wejdą do nas tak błyskawicznie i bez żadnych problemów. Nasze wojska szybko opuściły miasto. Po dwóch godzinach, około wpół do dziewiątej, przez miasto przegalopował kozak. Zatrzymał się tylko raz i zapytał, gdzie jest poczta, po czym zawrócił i odjechał. Po nim przybył cały oddział kozaków i przez trzy kwadranse było słychać głośną strzelaninę. Ja z rodziną schowałem się w piwnicy. Każdy chował się gdzie mógł i nikt nie odważył się wyglądać na zewnątrz. Gdy strzały ucichły ludzie zaczęli ostrożnie wychodzić na ulice. Kozaków nie było widać, a na ulicach panowała martwa cisza. Nikt nie wiedział, co się stało. O wpół do jedenastej rozległ się nagle strzał armatni, a po nim następny. Jeden z pocisków trafił w Bank Praski i zniszczył budynek, ale nikt nie zginął. Ludzie zaczęli znowu uciekać i się chować. Ja z rodziną ukryłem się na cmentarzu, gdy nagle pokazało się kilku kozaków. Padł na nas śmiertelny strach. Byliśmy pewni, że zaraz zginiemy. Nie zrobili nam jednak nic, tylko poprosili o wodę. Gdy podaliśmy im, kazali, aby najpierw napił się jeden z nas, aby sprawdzić, czy nie jest zatruta. Potem pojechali dalej. Do miasta wrócił spokój. Przez tydzień nie pokazał się żaden żołnierz rosyjski ani kozak. Dopiero po tygodniu przybył duży oddział kozacki. Zatrzymali się przy rogatkach miasta i zeszli z koni, po czym bez słowa zaczęli ostrzami bagnetów wrzucać coś przez okna do domów, a potem podpalali je. Nie pozwolili nic ratować, tylko uciekać z domu z pustymi rękami. I tak dom po domu. Gdy jedno zajmowali się podpalaniem, inni rabowali domy, włamywali się do sklepów i kradli wszystko, co popadło. Dopiero gdy spłonęła cala dzielnica zapanował spokój. Po miesiącu od tamtych wydarzeń do jednego z ogródków wszedł rosyjski żołnierz i zaczął zrywać jabłka. Służąca zaczęła krzyczeń na niego i rzuciła kawałkiem drewna. Żołnierz wyszedł, ale wrócił po chwili z innymi żołnierzami i podpalili ten dom”.

W Brodach usłyszałem inną wersję o strzelaniu do kozaków:

„Gdy kozacy weszli do miasta spotkali Ukrainkę idącą z Polakiem. Jeden z kozaków podszedł do kobiety i zaczął coś wulgarnie do niej mówić. Zaczęła uciekać, a kozak puścił się za nią. Wtedy Polak strzelił do niego i położył trupem. I tak zaczęło się całe zamieszanie”.

Są podstawy aby sądzić, że opowiadanie o oficerze, czy prostym kozaku, który został jakoby zabity, to tylko czysty wymysł utworzony po to, aby usprawiedliwić pogrom i spalenie miasta. Doktor Hellmann, którego spotkałem po dwóch tygodniach w Tarnowie, opowiedział mi, że był lekarzem wojskowym przy tym oddziale kozackim, który wszedł pierwszy do Brodów. Gdyby którykolwiek żołnierz, a tym bardziej oficer, został wtedy zabity lub chociażby ranny, dowiedziałby się o tym na pewno. Ale nic takiego do niego nie dotarło.

Ta część miasta, która nie uległa spaleniu, wraz ze swoim starym rynkiem, wyglądała biednie i przygnębiająco. Dużo sklepików, przy czym większe i bogatsze były pozamykane lub zabite deskami. To były te, które obrabowano lub których właściciele zdecydowali się uciec przed Rosjanami. W otwartych sklepikach i na straganach, pomimo wczesnej godziny, trwał ożywiony handel. Oferowano do sprzedaży przede wszystkim żywność i różne tańsze wyroby, a kupującymi byli prawie wyłącznie rosyjsjscy żołnierze wypełniający cały rynek.

Gdy weszliśmy tam z kolegą oblepiły nas całe grupy wychudłych z głodu biednych dzieci w postrzępionych ubraniach, które prosiły:

-Panowie, dajcie kopiejkę!

W większości były to dzieci chrześcijańskie i tylko troje czy czworo było Żydami. Dawałem wszystkim bez różnicy po kilka kopiejek, ale gdy tylko podałem monetę dziecku żydowskiemu, dzieci chrześcijańskie zaczęły krzyczeć:

-Proszę mu nie dawać! To Żyd!

Do dzieci dołączyła nieco dziwna stara żebraczka. Była to wyglądająca na 60 lat Żydówka ubrana w czerwoną suknię z rozwichrzonymi włosami, a jej ruchy świadczyły, że nie jest zdrowa psychicznie. Stanęła przede mną z uśmiechem i spojrzała na mnie rozgorączkowanymi z głodu oczami. Trzęsąc się zaczęła śpiewać ochrypłym głosem w słabym rosyjskim Pticzkę kanariejkę – sentymentalną piosenkę o małym ptaszku, który przynosi młodej dziewczynie słowa pożegnania od jej ukochanego. Jej głos rozdzierał uszy, a dziwny wygląd starej żebraczki zrobił na mnie okropne wrażenie. Dałem jej datek i chciałem pospiesznie odejść, ale ona ciągle stawała przede mną, wbijała we mnie swoje oczy i kontynuowała swój okropny śpiew. Widocznie miało mnie poruszyć to, że śpiewała po rosyjsku. Jej widok i śpiew prześladowały mnie później przez cały dzień.

W mieście był hotel, w którym udało nam się znaleźć duży i ładnie urządzony pokój. Przy hotelu była kawiarnia. Gdy do niej wszedłem, zastałem tam wielu młodych ludzi, w większości Żydów, grających w bilard. Byłem zaskoczony, gdy wśród grających zobaczyłem rosyjskich oficerów, którzy odnosili się przyjaźnie do swych współgraczy, jak do swoich kolegów.

W Radziwiłłowie powiedziano mi, że miejscowy lekarz, doktor Kalak, będzie mógł przekazać mi wiarygodne wieści o sytuacji brodzkich Żydów. Poszedłem do niego.

Dr Kalak nie przyjął mnie zbyt przyjaźnie. Gdy przedstawiłem się i wyjawiłem mu cel swej podróży do Galicji odniósł się do mnie z podejrzliwością. Na podstawie moich epoletów sądził, że jestem rosyjskim oficerem, a wiedząc, że w Rosji Żyd nie może dojść do takiej rangi zaczął mnie wypytywać i za żadne skarby nie chciał uwierzyć, że jako Żyd mogę być pełnomocnikiem organu publicznego. W końcu jednak uwierzył mi, że mam szczere zamiary i że nie jestem konwertytą. Wtedy przedstawił mnie swojej żonie i oboje opowiedzieli mi, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach. Historię o pożarze przytoczyłem już w poprzednim rozdziale. Opowiedzieli mi także o sytuacji, jaka wytworzyła się w Brodach po wejściu Rosjan.

-Rada Miejska uległa rozpadowi. Władze wojskowe powiadomiły, że pozwolą wybrać nową radę złożoną z osób, co do których władze rosyjskie nie mają zastrzeżeń. Zgłosił się rzeźnik-pijak, który przedstawił się jako przyjaciel Rosjan i podjął się zorganizowania wyborów do nowej rady. Nie podał niczego do wiadomości publicznej, zwołał do siebie swoich kolegów i znajomych i bez żadnych wyborów ogłosił ich członkami rady miejskiej. Zaczęli robić w mieście co chcieli i sytuacja stała się nie do wytrzymania. Władze wojskowe popieraly ę radę. Takich publicznych pogromów, jak przedtem, już nie ma, ale potajemnie toczy się nieustanny pogrom. Ponieważ po dziewiątej wieczorem mieszkańcom nie wolno wychodzić z domów, całe miasto i wszystkie sklepy pozostają pod kontrolą patroli wojskowych. Prawie co noc patrole te włamują się do jednego czy dwóch bogatszych sklepów, a szczególnie do takich, których właściciele wyjechali, wynoszą z nich towary i sprzedają paserom. Tak obłupiono dziesiątki sklepów, a straty sięgają wielu milionów.

-Mieszkańcy żydowscy – mówił dalej dr Kalak – są prześladowani przez władze wojskowe. Każdy Żyd, który pracował w jakiejś oficjalnej państwowej instytucji, jak poczta, kolej, sądy, itp., a który nie uciekł przed Rosjanami, został natychmiast odwołany ze stanowiska. Codziennie dokonywane są rewizje w prywatnych domach i w instytucjach żydowskich. Wyrzucają lokatorów i rekwirują ich lokum na potrzeby wojska. Tak, na przykład zajęto ostatnio dom starców, a czterdziestu jego podpiecznych wyrzucono – dosłownie – na ulicę. A oto inny charakterystyczny przykład. Niedaleko Brodów znajduje się duży folwark z wieloma dużymi pomieszczeniami, który mógłby służyć instytucjom wojskowym. Folwark ten należy do bogatego Niemca o nazwisku Schmidt, który na początku wojny wyjechał wraz ze swoją rodziną do Austrii. Teraz folwark jest całkowicie opuszczony, a pomimo to wojsko nie widzi powodu, aby go zajmować na swoje potrzeby. Początkowo jedna z Kompanii Sanitarnych próbowała zająć dla siebie jego teren, ale otrzymała stanowczy rozkaz, aby stamtąd wyjść. Widocznie ten Schmidt ma dobre koneksje w wyższych sferach.

Wypytałem dokładnie doktora Kalaka o sytuację ludności żydowskiej i zostawiłem w jego rękach trzysta rubli na najpilniejsze potrzeby.

Do Brodów wróciłem w piątek i pozostałem tam na sobotę. Odwiedziłem tamtejszą starą synagogę, która pełniła kiedyś rolę w żydowskim życiu kulturalnym. Tam zasiadali kiedyś „chachmej klojz”, przywódcy żydowskiej inteligencji, rabbi Jechezkel Landau, rabbi Meir Margaliot i inni. Tam był ośrodek walki przeciw ruchowi chasydzkiemu. Tam przybywał Gerszon Kutower, aby bronić rabbiego Baal Szem Tow, gdy chciano go wykląć. Cały długi okres życia żydowskiego związany jest z Brodami i ich synagogą, bardzo starą i posiadającą piękne wnętrze. Gabaj synagogi pokazał mi wiele starych srebrnych zabytków: korony na Torę, menory i kandelabry z XVI i XVII wieku, a także drogocenne parochety.

Gdy zwróciłem mu uwagę, że w takim okresie niebezpiecznie jest trzymać w synagodze tak wartościowe przedmioty, odpowiedział mi z uśmiechem:

-Proszę się nie martwić! Chowamy te przedmioty w takim miejscu, że nikt ich nie znajdzie.

Czy udało im się zachować te skarby starej żydowskiej kultury w czasie dziesiątków pogromów, jakich dokonywano w Brodach aż do ostatnich miesięcy? – tego nie wiem.

Gdy wyszedłem z synagogi, moim oczom ukazał się taki oto widok – stary i chudy koń z widocznym wysiłkiem ciągnął duży wóz załadowany sprzętami domowymi, kołdrami i poduszkami, zniszczonymi meblami, itp. z tyłu wóz popychało z całych sił dwoje starych Żydów. Nakazano im opuścić mieszkanie w ciągu 24 godzin i teraz przenosili się w inne miejsce. Żydzi wychodzący z bóżnicy patrzyli ze smutkiem i współczuciem na starych ludzi, którzy w świętą sobotę przenosili się z miejsca na miejsce, ale nie znalazłem potępienia, że publicznie nie przestrzegają szabasu.

W Brodach musiałem zostać kilka dni, gdyż trzeba było przeładować przywiezione lekarstwa do innych wagonów, miejscowych. Austriackie tory są węższe od torów rosyjskich i rosyjskie wagony nie mogą się po nich poruszać. W ciągu sześciu miesięcy, które minęły od chwili wejścia Rosjan do Galicji, udało się poszerzyć tory tylko na odcinku 10-15 wiorstw od granicy. Dlatego każdorazowo zachodziła konieczność przeładowywania kołp Brodów towarów i oddziałów wojska, które w wielkich ilościach ttransportowano do Galicji i z powrotem do Rosji. Można sobie tylko wyobrazić, jak bardzo utrudniało to normalny ruch.

Gdy nadzorowałem przeładunek poznałem dwóch żydowskich lekarzy pracujących w dużych szpitalach znajdujących się niedaleko stacji. Opowiedzieli, że przeszły przez te szpitale setki tysięcy rannych i że także teraz każdego dnia przybywają tysiące żołnierzy z frontu karpackiego, a wśród nich wielu z odmrożonymi kończynami. Lekarze ci, podobnie jak inni żydowscy lekarze w Brodach, nie interesowali się za bardzo losem żydowskich mieszkańców i nie mogli podać mi żadnych wiarygodnych informacji o ich problemach i nieszczęściach. Opowiedzieli mi natomiast o ciężkich przejściach miejscowych chłopów spowodowanych przez rosyjskich popów. Gdy tylko Rosjanie weszli do Galicji, przybyły także rzesze popów, pod przywództwem znanego czarnosecińskiego biskupa Jewłogija. Te rzecz czarnych sotni zaczęły wpływać na ukraińskich chłopów, będących w większości grekokatolikami, aby powrócili na łono prawosławia. I nie ograniczali się tylko do słów. Opornym chłopom grozili nawet wyrzuceniem z ich ziemi i gospodarstw. I choć nie dopięli całkowicie swego, to chłopi byli w ciągłym strachu, a niektórzy z nich – wbrew swej woli – przyjęli prawosławie. Jeden z lekarzy powiedział mi, że kobieta u której mieszka, Ukrainka, zamknęła się w ostatnich dniach w somu i nie pozwala nikomu wejść. Rozeszła się plotka, że w tych dniach będą zabierać unitom dzieci, aby zmienić ich wyznanie. Wolała umrzeć w zamkniętym domu z głodu, niż oddać dzieci i pozwolić by stały się wyznawcami prawosławia.

Mapa

Polecane

Zdjęcia

Słowa kluczowe