Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Teatr NN

Jeszcze jedno spojrzenie małego Zutry na Żółkiew

Jeszcze jedno spojrzenie małego Zutry na Żółkiew, „Księga Pamięci Żółkwi", Jerozolima 1969.  Tłumaczenie i opracowanie Yaron Karol Becker.

Jeszcze jedno spojrzenie małego Zutry na Żółkiew

Niezwykle ciekawa jest zawarta w żółkiewskiej Księdze Pamięci opowieść Zutry Rapaporta, żydowskiego mieszkańca Żółkwi. Przekaz powstawał, gdy jego autor, w dojrzałym wieku, przebywał w Holonie, w Izraelu. Miasteczko zostało opisane w sposób bardzo szczegółowy i systematyczny oraz – co szczególnie ważne – z dużą troską o oddanie zarówno polskiego tła historycznego, jak  i kulturowego dziedzictwa tego żydowskiego miasteczka.

Rapaport rozpoczyna od ukazania historycznego charakteru swego miasta. Mówi o fragmentach zachowanych murów obronnych oraz o ocalałej Bramie Zwierzynieckiej. Dowiadujemy się, że wg legendy był w niej więziony car Szujski. Rapaport opowiada także, że z wieżą związanych było wiele baśni i opowieści, a niektóre z nich były tak tajemnicze i straszne, że ludzie bali się przechodzić tamtędy nocą. Brama Glińska, która zachowała się w całości, nie była aż tak tajemnicza, prowadziła do wsi Glinka w której swego czasu była kopalnia węgla brunatnego oraz fabryka ceramiki delikatnej (przy okazji dowiadujemy się, że te przedsiębiorstwa dostarczały żółkiewskim Żydom miejsc pracy i były za czasów austriackich źródłem utrzymania).

Autor dużo uwagi poświęca sercu miasta, Rynkowi Królewskiemu. Jego nazwę pisze – w hebrajskim tekście (!) – polskimi literami, nie omijając o z kreską (nie tak, jak wielu dzisiejszych polskich internautów rezygnujących z nieznośną lekkością z polskich znaków diakrytycznych). Z tym samym pietyzmem pisze po polsku, łacińskim alfabetem: Zamek Królewski, ul. Zwierzyniecka, i nazwy innych ulic, mimo że hebrajskim tekście zapisywanym bez samogłosek, nazwy te stają się zapisami nie do wymówienia, jakimś bełkotem i z tego powodu obiektem natychmiastowego zapomnienia.

Zutra (nazywajmy go dalej tylko tym oryginalnym aramejskim imieniem oznaczającym przymiotnik „mały”) opisuje szczegółowo także osiem ulic wychodzących z Rynku w ośmiu różnych  kierunkach. Opis chłopskich furmanek z żywnością na sprzedaż czy żydowskich straganów na rynku poprzedzają, rysowane oczami wyobraźni, sceny wojskowych defilad i masowych rycerskich uroczystości widzianych na placu rynku, za króla Sobieskiego świetności Rzeczpospolitej.

Rynek był wówczas przede wszystkim centrum handlowym. Dwupiętrowe kamienice z podcieniami okalały prawie cały plac. W podcieniach pod arkadami, zwanych w języku jidysz „podcienies”, znajdowały się sklepy, prawie wszystkie żydowskie. Naprzeciwko stały stragany, głównie żydowskie. W określonych dniach, w stałych terminach, plac stawał się bazarem, na którym chłopi z okolicznych wsi sprzedawali swoje plony. Z nimi przybywali także Żydzi z okolicznych miasteczek, którzy sprzedawali swoje towary, przeważnie towary tekstylne, sztuczne ozdoby złocone i srebrzone, lub różnego rodzaju napoje. Taki „dzień bazaru” wspierał gospodarkę miasta i dochód żydowskich kupców. Mimo to przywództwo miasta, w większości chrześcijańskie, wiele razy chciało zlikwidować handel na królewskim placu i zamienić go w skwer pokryty kwiecistymi klombami i jedynie protest żydowskich radnych ostrzegających, że przyniesie to szkodę miejscowym kupcom, powstrzymywał radę miejską od tego kroku. W ten sposób żółkiewscy Żydzi utrzymali swe źródła utrzymania. Po drugiej wojnie światowej, po aneksji miasta przez ZSRR, kiedy miasto straciło swoją nazwę, bo stało się Nesterowem, plan przekształcenia placu na ogród został zrealizowany.

Opisując plac należy się wspomnieć o Bielniku, źródle  wypływającym z żółkiewskiego Raju i dostarczającemu wodę nie tylko do studni i imponującej fontanny na Rynku, lecz także do sadzawki wokół posągu Matki Bożej stojącej pośrodku, dokładnie naprzeciwko zamku. Z podnóża tego okazałego posągu wychodziły cztery rury, z których woda płynęła do sadzawki w dzień i w nocy; stamtąd czerpano wodę dla innych miejsc w mieście. Była „najświeższa, najzimniejsza i najsmaczniejsza w całym mieście”.

Po dwóch stronach placu, tam gdzie nie było arkad, podcieni i sklepów, znajdowały się dwa zabytki miasta: Zamek Królewski i fara. Zutra zabiera nas do środka fary. Był to potężny kościół zbudowany na planie krzyża. Jego wewnętrzne ściany były pokryte marmurem – rzecz rzadka w tamtych czasach – powiada. Na ścianach, z ogromnych obrazów najlepszych malarzy patrzyły na przybysza postacie historyczne. Obrazy batalistyczne przedstawiały bitwy prowadzone przez założyciela miasta, hetmana polnego królewskiego Stanisława Żółkiewskiego i jego potomka Jana Sobieskiego. Rapaport zapamiętał szczególnie obraz przedstawiający bitwę przeciwko Turkom pod Cecorą w roku 1620, w której waleczny hetman po bohatersku złożył głowę. W żółkiewskiej farze  pochowani zostali sam hetman, jego żona i  krewni, a nad ich pomnikami, na prośbę matki hetmana przy ołtarzu złotymi literami wyryty został łaciński napis po: „Bóg da, i z naszych kości powstanie mściciel”. Mały Zutra chyba nieźle uczył się polskiej historii, ponieważ po latach pisze, że ta prośba-przepowiednia spełniła się w roku 1683 pod Wiedniem, kiedy prawnuk Żółkiewskiego – polski król Jan Sobieski rozgromił Turków pod Wiedniem. Upamiętniała ten fakt historyczny potężna turecka czerwona chorągiew z półksiężycem i żółtą gwiazdą pośrodku umocowana przy głównym wejściu do kościoła. Koło niej stał mały stolik z marmurowym blatem, a na nim przywieziony przez Sobieskiego tygielek do kawy z miedzi, będący kiedyś prywatną własnością tureckiego wezyra. W podziemiach fary znajdowały się grobowce Żółkiewskich – Zutra pamięta, że na grobowcu hetmana było napisane: „Jak dobrze i słodko jest umrzeć dla ojczyzny”. Ten i inne wyryte na ścianach fary napisy oddziaływały na często przyprowadzanych do kościoła uczniów szkoły. 

Wyjdźmy teraz z rynku ulicą Bazyliańską, krótką i wąską, ale ważną w opowieści Zutry, bo prowadzi nas trzecią ścieżką kulturowego dziedzictwa Żółkwi. Okazuje się, że na początku ulicy działał sklep spożywczy Sojusz, otworzony przez Ukraińców, by – zdaniem autora – konkurować ze sklepami żydowskimi. Prowadzono w nim propagandę przeciwko kupowaniu w żydowskich sklepach.

Na końcu Bazyliańskiej stał kościół grekokatolicki zakonu bazylianów oraz ukraińska drukarnia. Następną ulicą, przez którą prowadzi Zutra – delektując się wspomnieniami o smakach  żydowskich wypieków i o ich, odurzających przechodniów, zapachach – jest ulica Piekarska. Była to w całości żydowska ulica, stwierdza autor. Stały przy niej aż trzy synagogi. Pierwsza, Belzer Klojz, z której przez 24 godziny dobywały się głosy nauki, modlitwy czy śpiewanych nigunów. Była to synagoga chasydów, którzy nosili się na swój szczególny sposób: ubrani w czarne długie  kapoty, duże czarne  kapelusze lub kipy też czarne i pielęgnowali długie pejsy. Światło nie gasło tu przez całą dobę. Obok stał drugi religijny przybytek, „Di Lubeler klojz”. W dzień powszedni jego długa sala służyła jako cheder. Nie było chyba dziecka w Żółkwi (chłopca oczywiście – Y.K.B.), które nie odsiedziałoby w tym pomieszczeniu przynajmniej jednego semestru patrząc ze strachem na kańczug (pasek do bicia) w rękach mełameda Micie, „wbijającego” mądrość żydowskich ksiąg w głowy małych adeptów Tory.

Trzecia synagoga „Żydyczower Klojz” znajdowała się w niedużym budynku na końcu Piekarskiej. Modliło się w niej wielu znanych w mieście ludzi. Ulica Piekarska dzięki staraniom żydowskich przedstawicieli w Radzie Miejskiej została w latach 30. XX w. nazwana ulicą Icchaka Lejbusza Pereca.

Równolegle do Piekarskiej biegła ulica Bóżnicza, przy której znajdowało się zamieszkałe wyłącznie przez Żydów kolejne centrum handlowe miasta. W dwupiętrowych domach znajdowały się sklepy tekstylne, z materiałami budowlanymi, wyrobami skórzanymi i ozdobniczymi. Na Bóżniczej stały także stragany warzywne i owocowe. W kilku domach  mieszkańcy zajmowali się drobnym „przemysłem”, np. produkcją żyrandoli, sznurów, kapelusznictwem etc.

Na końcu ulicy Bóżniczej znajdowała się Wielka Żółkiewska Synagoga, bardzo szczegółowo opisana przez Zutrę. Bóżnica została zbudowana w okresie władzy Jana Sobieskiego i z jego przyzwolenia w roku 1687. Budowla słynęła ze swego obronnego charakteru. Obok synagogi stał dom nauki,  bejt ha-midrasz, który był także przytułkiem dla wszystkich żebraków w mieście, włączając nosiwodów. To miejsce było oświetlone i grzane przez całą dobę. Z tyłu, za synagogą znajdowała się łaźnia i rytualna mykwa. W piątek większość mieszkańców tłumnie przybywała do łaźni, by rozkoszować się słynnym „szwicem” (poceniem się), podobno leczącym wszystkie cielesne niedomagania.

Wróćmy jednak do synagogi. Jak już wspomniano, budynek miał charakter obronny, był twierdzą. Synagoga posiadała zewnętrzne i wewnętrzne arkady. Na dachu zbudowano wysoką balustradę, w której  zaplanowano otwory do ustawienia armat. W czterech rogach dachu stały wieżyczki obserwacyjne. Z frontu, z obu stron budynku, zbudowano na żądanie króla Sobieskiego dwie dwupiętrowe kondygnacje mające służyć obronie synagogi od ulicy. Był to potężny budynek, widoczny w całej okolicy, z którego Żydzi byli bardzo dumni.

Autor wspomnienia szczegółowo opisuje przepych panujący we wnętrzu oraz detale architektoniczne i liturgiczne jego wystroju. Jako ciekawostkę należy dodać, że na ścianie wschodniej namalowano polskie godło narodowe: białego orła z koroną na głowie. W Wielkiej Synagodze modlono się tylko w soboty i święta, odbywały się w niej także duże zebrania i akademie, np. w dzień urodzin ojca syjonizmu politycznego Teodora Herzla lub z okazji otwarcia Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Na ścianach synagogi wieszano wówczas (bez pozwolenia władz) syjonistyczne flagi narodowe. W latach 20. XX w. ulica Bóżnicza stała się ulicą Sobieskiego.

Następnym punktem na naszej  żółkiewskiej trasie jest plac Turyniecki. Podczas jarmarków gromadzili się na nim chłopi, swoje namioty rozstawiały cyrki, kręciły się karuzele, pojawiał się kinematograf, zespoły muzyczne i inne rozrywkowe grupy. W okresie nazistowskim plac Turyniecki był częścią getta żółkiewskich Żydów.

Główną ulicą miasta była wg Zutry Lwowska. Było to corso miasta, czyli deptak ze sklepami, żydowskimi i polskimi. Spacerowała po nim młodzież żydowska i polska. Przejdziemy teraz z Zutrą ulicą Krawiecką (Schneidergass), gdzie mieszkało wielu żydowskich rzemieślników: krawców, szewców, blacharzy, ślusarzy itd. Idąc dalej ulicą Turyniecką dojdziemy do dużego kościoła dominikańskiego przy ul. Lwowskiej. Tu witano ważnych oficjeli przybywających do miasta, np. mieszkańcy miasta przyjmowali arcybiskupa katolickiego według obyczaju chlebem i  wodą, natomiast Żydzi trzymali w rękach księgę Tory. Arcybiskup po wysłuchania przywitania z ust Żydów ucałował księgę Tory. Było to dla Żydów bardzo ważne wydarzenie, które rozeszło się szerokim echem po okolicy, a także na dłuższy czas wzmocniło żydowską pewność siebie.

W pobliżu kościoła dominikańskiego stał budynek frontem wychodzący na ulicę Berka Joselewicza, w którym mieściła się miejska szkoła podstawowa. Uczyły się w niej razem dzieci chrześcijańskie i żydowskie, podzielone na klasy dziewczęce i chłopięce. Większość uczniów stanowiły dzieci żydowskie, natomiast wszyscy nauczyciele, z wyjątkiem nauczyciela żydowskiej religii, bardzo zasymilowanego Żyda, byli chrześcijanami.

 Niedaleko szkoły biegła ulica Niezabitowska, zamieszkana zarówno przez Żydów, jak i przez Polaków. (Ciekawe, że Zutra stale używa słowo „chrześcijanin” jako synonim słowa „Polak”. O Ukraińcach natomiast mówi nie według klucza wyznaniowego, lecz narodowego.) Była to długa i wąska ulica z drewnianymi chodnikami. Naprzeciwko szkoły wytyczono ulicę polskiego bohatera narodowego, Żyda, który walczył o wyzwolenie Polski z szablą i na koniu – Berka Joselewicza. Przy Joselewicza stał dom chrześcijańskich cechów rzemieślniczych, będący także domem wynajmowanym, także przez Żydów, na imprezy artystyczne. Przyjeżdżały do niego zespoły artystyczne, występowały gościnnie teatry. Niedaleko funkcjonowała duża restauracja, odwiedzana przez  młodzież żydowską, chętnie tańczącą tańce salonowe.

Ul. Joselewicza kończyła się na rogu ulicy Lankiewicza, stąd szło się na ulicę Szpitalną, przy której znajdował się szpital. W latach 30. XX w. została nazwana imieniem zmarłego miejscowego lekarza Muszkata. Na Szpitalnej znajdowała się  także siedziba rabina Rabinowicza i dom modlitwy dla jego chasydów, tudzież młodzieży postępowej chętnie odprawiającej seder pesachowy u tego bardzo otwartego i oddanego rabina.

Szpitalna miała jeszcze jedną polsko-żydowską ciekawostkę. Po drugiej stronie ulicy stał mały kościół zakonu felicjanek. Większość zakonnic w tym klasztorze zajmowała się nauczaniem w przyklasztornej szkole dla dziewcząt. Była to szkoła na wysokim poziomie, dlatego nawet ortodoksyjni Żydzi wysyłali swe córki do tej placówki.

Na końcu ulicy Lwowskiej znajdował się, powiedzielibyśmy dziś, teren  przemysłowy: różne warsztaty i magazyny drzewa oraz ochronka dla dzieci żydowskich, która starała się przyuczyć je do zawodu. W dużej sali ochronki odbywały się wydarzenia związane z artystycznym i społecznym życiem oraz działało żydowskie żółkiewskie kółko dramatyczne, kierowane przez znanego reżysera i aktora Meira Melmana. Przy Lwowskiej znajdowały się dwa cmentarze chrześcijańskie obu wyznań (jeden z nich był wspólny, a na drugim pochowano żołnierzy z pierwszej wojny światowej).

Za cmentarzami rozpościerał się duży, otwarty teren oraz lasek, który nazywał się Burek. Do niego naziści wypędzili ostatnich Żydów z Żółkwi, a następnie rozstrzelali razem z  kolaborującymi z Niemcami Ukraińcami. Po zakończeniu wojny radziecka rada miejska postawiła nagrobek pamiątkowy na zbiorowym grobie ostatnich Żółkiewskich Żydów.

Następną ulicą po której oprowadza nas Zutra jest ulica Zwierzyniecka, do której prowadzi ocalała Brama Zwierzyniecka. Była to nieduża, ale schludna uliczka, przy której stały małe ładne domki. Kolejną ulicą, która zasługuje na szczególną uwagę  jest wg Zutry ulica Lanikiewicza, do której także prowadziła Brama Zwierzyniecka. Była to jedna z najbardziej nowoczesnych ulic, przy której stał najwyższy budynek w mieście – „Finans Dyrekcja”, urząd podatkowy i finansowy. Dalej stały koszary, kiedyś austriackie a później Wojska Polskiego. Znajdowała się w nich wojskowa szkoła jeździecka. Przy Lanikiewicza mieszkała miejscowa arystokracja. Przy szkole jeździeckiej stał ogromny dom zajmowany kiedyś przez hrabiego Kińskiego, krewnego Franciszka Józefa II. Naprzeciwko dyrekcji mieściła się mała willa hrabini Kalinowskiej, należącej do sławnej i zasłużonej rodziny. W pobliżu znajdowała się miejska poczta i ogród, tzw. „Wały Królewskie”, utworzony za czasów świetności Żółkiewskiego i Sobieskiego, w którym odbywały się festyny oraz  dobroczynne bazary, na których zbierano pieniądze dla Keren Kajemet i dla chaluców (pionierów) do Palestyny.

Przy południowym wyjściu z ogrodu stał okazały budynek – centrum sportowe „Sokół” dla młodzieży polskiej z salą kinową, w której kilka razy w tygodniu wyświetlano filmy. W głównej sali „Sokoła” wystawiano przedstawienia teatralne  polskich zespołów i żydowskich.

 Jeśli pójdziemy dalej ulicą  Lankiewicza, dojdziemy do potężnego placu zwanego „Targowicą”, ponieważ handlowano tu końmi i bydłem kilka razy do roku. W dni wolne teren służył jako pastwisko. Na placu Targowicy znajdowało się boisko, na którym grały aż trzy drużyny piłkarskie.  Pierwsza „Lubicz”, była „ mieszana” (Zutra upiera się nazywać ją chrześcijańsko-żydowską, a nie polsko-żydowską). Była to dość silna drużyna która grała i konkurowała o pierwszeństwo z innymi klubami piłkarskimi w okolicznych miasteczkach i nawet w samym Lwowie. Jednym z najbardziej popularnych jej piłkarzy był grający na obronie Heniek Waks, syn miejscowego lekarza. Pozostałe dwie drużyny to drużyny żydowskie: Hasmonea, czyli Hasmoneusze, złożona przede wszystkim ze studentów. Trzecia składała się z członków Betaru. Głównym animatorem drużyn żydowskich był Jechiel Rapaport, który często grał w lwowskim Makabi. Mecze piłkarskie były niezwykle popularne i ściągały setki Polaków i Żydów.

Na ulicy Kolejowej, którą często odwiedzała młodzież odprowadzająca i przyjmująca podróżnych, znajdował się posterunek policyjny.

Glińska, ostatnia z ośmiu ulic, które obiecał opisać nam Zutra, wychodziła także z Rynku przez Bramę Glińską (bramę zdobiło godło królewskie rodziny Sobieskich). Była to najdłuższa ulica w mieście, prowadząca do wsi Glinki, od której wzięła nazwę. Glińska w kilku miejscach przecinała rzekę Świnię. Na jej początku znajdowały się koszary 6. Pułku polskich ułanów. Glińską zamieszkiwali chrześcijanie, głównie Ukraińcy oraz kilka żydowskich rodzin w dzielnicy nazywanej Glińskim Przedmieściem. W pobliżu działała fabryka szkła, w której pracowali młodzi Żydzi przygotowujący się do wyjazdu i do życia chalucowego (pionierskiego) w Palestynie.

Osobny rozdział to żydowski cmentarz w Żółkwi, znajdujący się na krańcu miasta, przy wsi Winniki. Na bardzo dużym obszarze otoczonym wysokim murem mieściły się groby pamiętające początek żydowskiego osadnictwa w miasteczku. Macewy z XVII i XVIII w., gęsto osadzone w ziemi, pochylone  i zgarbione tak, że trudno było do nich dotrzeć. Cmentarz – mówi Zutra – był bardzo  zaniedbany. Służył jako miejsce pochówku dla Żydów z całej okolicy. Z czasem jego teren stał się niewystarczający i gmina żydowska zakupiła od chłopów z sąsiedniej wsi, dodatkowy przyległy do muru cmentarnego obszar.

W tym miejscu nie może się obejść bez żydowskiego humoru. Gdy przeniesiono mur mówiono w mieście, że jednak można oczekiwać sprawiedliwości na drugim świecie – oto samobójcy i inni zmarli z nienaturalnych przyczyn, którzy byli chowani przy płocie znaleźli się nagle pośrodku cmentarza... 

Jeżeli jesteśmy już na drugim świecie, to warto zaglądnąć wraz z Zutrą do „Raju”. Zutra opisuje piękno krajobrazu tego zalesionego zakątku na wzgórzu nad Żółkwią i objaśnia nazwę tego miejsca, wg legendy kiedyś odwiedził to miejsce  Jan Sobieski, jego uroda wywarła nim ogromne wrażenie, że zawołał: „ Ho, to raj”. Od tego czasu nazywają tę okolicę „Rajem”. Raj był popularnym miejscem majówek i pikników, m.in. żydowskich organizacji młodzieżowych. Zutra opowiada z szczególną przyjemnością o zbieraniu poziomek i przywołuje z pamięci aromat zrywanych konwalii „mających silny i przyjemny zapach”. Z Raju wypływało też znane nam już źródło Bielnik, dostarczające wodę mieszkańcom Żółkwi. Niedaleko ujścia źródła rosła aleja wysokich sosen posadzonych podwójnym szpalerem. Legenda głosi, że sam Sobieski sadził te sosny, dlatego nazywała się aleją Sobieskiego.

Tak wyglądała Żółkiew przed 30. laty (pisane w roku 1965 – Y.K.B.). Były tam jeszcze małe i ciasne uliczki, zaułki i przejścia bez planu architektonicznego. „To było moje rodzinne  miasteczko – powiada Zutra – w którym stał dom mego ojca i matki, w którym rosłem. Widzę oczyma wyobraźni światłe postaci z tamtych dni. Spokojni mieszkańcy którzy żyli z handlu i rzemiosła. Zrzeszona żydowska młodzież  przygotowująca się do imigracji w Palestynie. Pełna życia i gotowa do spełnienia swego ideału „budować i zbudować się” w Erec Israel. I nagle ich życie zostało przerwane. Tylko nie wielu z nich udało się uratować z piekła. Niechaj te słowa będą macewą pamięci naszych najdroższych świętych pomordowanych”.   

Mapa

Polecane

Zdjęcia

Słowa kluczowe