Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

 

Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

 

Teatr NN

Kobryń w czasie wojny

Sz. An-ski, „Tragedia Żydów galicyjskich w czasie I wojny światowej. Wrażenia i refleksje z podróży po kraju”, Przemyśl 2010. Fragment relacji.

Kobryń w czasie wojny

Kobryń był małym miastem otoczonym wieloma ogrodami. Stał w nim pomnik upamiętniający zwycięstwo Rosjan nad Francuzami w roku 1820.

Miasteczko stało się teraz centrum dla wycofujących się wojsk, wygnańców i uchodźców. Ulicami przetaczały się bez przerwy oddziały i tabory wojskowe. Wszystkie podwórza i place, każde wolne miejsce, brzegi rzeki i ogrody były pełne uchodźców, głównie chłopów i chłopek przyciągających z daleka wzrok swymi wielobarwnymi ubraniami. Wszędzie tłoczyli się ludzie. Tu ogniska, nad którymi gotuje się strawa, tam suszy się bielizna, na polu pasą się konie. Te wielkie tłumy przypominają starożytnych nomadów wędrujących ze swymi stadami z miejsca na miejsce.

Nie zwracając uwagi na potężny strumień wojska i uchodźców, miejscowi mieszkańcy czują zupełnie bezpieczni i spokojni. Wszystkie sklepy były pootwierane i wszędzie kwitnie handel. Tu nie dotarł jeszcze strach przed wojną. Mieszkańcy nie czują jeszcze zbliżającego się do nich niebezpieczeństwa. Nie myślą o ucieczce i klęsce. Nikt nie bierze pod uwagę możliwości deportacji. Czy to w ogóle możliwe? Jeszcze przedwczoraj panował tam całkowity spokój. Czy to możliwe, żeby nagle wszystkich wygnano?

W miasteczku działa żydowski Komitet Pomocy. Jego przewodniczący, rabin miejski, opowiedział mi, że Komitet istnieje kilka miesięcy i finansuje swoją działalność z pieniędzy zebranych na miejscu. W komitecie udziela się prawie cała żydowska młodzież miasteczka. Początkowo nie mieli za bardzo co robić, ale teraz gdy wielu młodych wyjechało, a roboty jest coraz więcej, zaczyna brakować rąk do pracy. W ostatnich dniach strumień uchodźców bardzo się nasilił. Codziennie przybywa ponad tysiąc uchodźców, a mimo to nadal cała działalność jest finansowana z lokalnych środków, poza 120 rublami dziennie ze Związku Ziemstw, za które uchodźcy dostają ciepłe posiłki. Brakuje jednak chleba i nie można go już kupić, a poza tym zaczyna brakować miejsca dla uchodźców. W każdym prywatnym domu przebywa już co najmniej jedna rodzina. Pełna jest także synagoga i niektóre mniejsze domy modlitwy. Inne zajęte są przez wojsko. A teraz oczekuje się jeszcze napływu tysięcy uchodźców, może nawet ponad 10 tysięcy, głównie z Brześcia. Gdzie ich pomieścić? Aby wysłać ich dalej potrzebne są pieniądze, których nie ma. Gdy podstawia się pociąg dla uchodźców, to pierwszeństwo mają chrześcijanie i dla Żydów nie starcza już miejsca.

Poszedłem z rabinem do synagogi – sporego, murowanego budynku z dużym placem, przy którym stało kilka małych domów modlitwy. Wszystko zapełnione uchodźcami. Całe rodziny, chorzy i zdrowi razem. Brakuje wszystkie – jedna wielka bieda. W pierwszej chwili niemal ogłuchłem od wielkiego zgiełku i hałasu dochodzącego ze wszystkich stron; płacz dzieci, krzyki, wyzwiska i przekleństwa, głośne jęki, a wśród tego wszystkiego miła i cicha melodia śpiewanych psalmów.

Opowiedziano mi, że przed dwoma dniami jedna z kobiet urodziła bliźniaki, które zaraziły się cholerą. Kobieta postradała zmysły i uciekła, a dzieci pozostały pod opieką Komitetu.

Nasza Kompania zatrzymała się na dworcu i zaraz zaczęła przyjmować rannych, których można było zabrać ze szpitali. Cztery wagony zostały jeszcze puste, więc poprosiłem Tułupowa, aby pozwolił zabrać w części z nich żydowskich uchodźców do Pińska. Tułupow był już z rabinem w synagodze i widział panujący tam ścisk, więc zgodził się na moją prośbę. Powiadomiłem Komitet, że mogę zabrać 100 osób, ale za 3-4 godziny muszą stawić się ze swoimi rzeczami na dworcu. Komitet obiecał się tym zająć. Po dwóch godzinach przybył do mnie członek Komitetu i powiadomił, że policja nie przepuszcza wozów z rzeczami do dworca i dlatego musieli przewozić je do pociągu od drugiej strony, przez ogrody i pola pod stromą górkę. Tymczasem nadeszła noc. Wozy kołysały się z boku na bok, spadały z nich pakunki i skrzynie. Chrześcijańscy woźnice przeklinali Żydów i chcieli wyrzucać ich dobytek na pole. Kobiety i dzieci krzyczały i płakały. Nagle powiadomiono mnie, że ranni są już w pociągu i ten ma niedługo ruszyć. Gdy wozy wreszcie pokonały górkę i uchodźcy zaczęli ładować swe rzeczy do wagonów zaczął się nowy problem! Uchodźcy chrześcijańscy widząc wsiadających do pociągu Żydów przybiegli i też zaczęli się ładować. Żadne słowa i zakazy nie pomogły. Wyglądało na to, że Żydzi pozostaną na polu. Z trudem udało mi się przekonać chrześcijan, aby zajęli tylko jeden wagon, a pozostałe trzy zostawili dla Żydów. 64 chrześcijan weszło do wagony i szybko i sprawnie załadowali swoje rzeczy, a każdy pakunek długi na półtora łokcia! Fryzjer przytaszczył zapakowane razem 4 duże lustra, krawiec dwie maszyny do szycia, ktoś inny miał ze sobą łóżko i szafę. Każdy pakunek musiało podnosić 10 osób, krzyczących, wytężających resztki sił a i tak nie dających rady go załadować. Zresztą nie potrafią tego robić. Działają nerwowo, gadając i krzycząc, z bezsilnością ludzi słabych i chorowitych, a wokół stoją chrześcijanie i przyglądają się temu smutnemu obrazowi. W końcu poprosiłem kilku żołnierzy, którzy pomogli uchodźcom to wszystko załadować. Do trzech wagonów weszło nie więcej niż 100 osób, ale przybyło więcej i nie mogłem zostawić ich z dziećmi i rzeczami na polu. Poszedłem więc do komendanta stacji i z wielkim trudem udało mi się uprosić go, aby dołączył do składu jeszcze dwa wagony. Wszyscy, którzy przybyli z miasta zajęli miejsca w wagonach i o pierwszej po północy ruszyliśmy w drogę.

Tułupow i Iwanow stali przez cały czas załadunku uchodźców przy wagonach i tak litowali się nad nimi, że obiecali po powrocie pociągu oddać mi wszystkie 20 wagonów dla transportu uchodźców żydowskich.

-Teraz – stwierdził Tułupow – rozpoczną się walki o Brześć. Ranni pozostaną w twierdzy, więc nie będzie z nimi żadnego kontaktu i przez jakiś czas nie będziemy mieli kogo wozić. W tym czasie będzie można wykorzystać pociąg do transportu uchodźców.

Nazajutrz, 5 sierpnia o ósmej rano, przybyliśmy do Pińska. Poszedłem do miasta do przewodniczącego Komitetu Pomocy, dyrektora miejscowego oddziału Banku Azowskiego, pana Heifetza. Już z jego pierwszych słów zorientowałem się, że nie ma tu jeszcze żadnych oznak wojny. W mieście panuje spokój i cisza. Nie ma ruchu wojska. Lokalni działacze wyjechali za miasto na odpoczynek. Wczoraj wieczorem wystawiono patriotyczne przedstawienie, a dochód z niego przeznaczono na cele dobroczynne i pan Heifetz był tam do późna w nocy. Mówiąc krótko – zwykłe prowincjonalne życie. W mieście istnieje żydowski Komitet Pomocy, ale praktycznie nie ma pracy. Uchodźców nie wpuszczają do miasta. Próbowali urządzić dla przyjeżdżających wygnańców jadłodajnię na dworcu, ale władze nie zgodziły się na to. Teraz wydały już zgodę, ale punktu nie zdążono jeszcze urządzić.

Pan Heifetz zwołał członków Komitetu na naradę. Zaproponowałem, aby moi uchodźcy mogli tam zostać. Komitet był gotów ich przyjąć, ale nie był pewien, czy będzie można przywieźć ich do miasta. Gdy wróciłem na dworzec dowiedziałem się, że nie przyjmują tam naszych rannych i że wieziemy ich do Homla. Porozmawiałem z uchodźcami i zgodzili się też pojechać do Homla.

Wspomniałem już wcześniej, że w Brześciu zamówiłem 10 skrzyń do transportu zwojów Tory z miejscowej synagogi. Stolarz zdążył zrobić tylko dwie skrzynie, do których włożyłem 15 zwojów. Jedną skrzynię wysłałem do Kobrynia, a drugą wziąłem do Pińska i przekazałem woźnemu miejscowej synagogi.

W ciągu kilku godzin postoju w Pińsku dosiadło się do wagonów, bez mojej wiedzy, kilkudziesięciu uchodźców chrześcijańskich. Na jednej ze stacji, także nie pytając nas, doczepiono kilka wagonów z wypędzonymi kolonistami niemieckimi. W Kobryniu kupiłem i wziąłem ze sobą chleb i cukier, aby rozdzielać je wśród Żydów i chrześcijan. Dla dzieci miałem chałki, a na stacjach po drodze kupowałem dla nich mleko.

Wśród uchodźców żydowskich było także, poza tymi z Brześcia, kilka rodzin z polskiej Włodawy. Brzescy „litwacy” kłócili się całą drogę z polskimi Żydami. Brylowały w tym szczególnie kobiety. Gdy prób walem do nich przemówić i przekonywałem, że Żydzi litewscy i Żydzi polscy to przecież tacy sami Żydzi, zgodzili się ze mną, ale po chwili kłótnie wybuchały na nowo.

W jednym z wagonów były dwie chore kobiety. Chuda dziewczyna nie mogła nic jeść i cały czas jęczała. Druga miała nieustające drgawki i wydawała histeryczne krzyki. Pozostałe kobiety w wagonie prosiły mnie, aby na jakiejś stacji zabrać tę z drgawkami, bo dzieci się jej boją. Ale dokąd miałem ją wziąć?

Na pierwszej stacji za Pińskiem powiedziano mi, że jeden z uchodźców, starszy człowiek z Włodawy, landau, zasłabł nagle i leży bez znaku życia. Poszedłem tam natychmiast. Wyglądał na 70 lat, choć miał dopiero 48. Był sklepikarzem. Wziął na drogę 100 rubli. Był to cały majątek rodziny i kiedy skradziono mu je w synagodze w Kobryniu bardzo go to wzburzyło. Gdy jadł dzisiaj chleb posmarowany marmoladą upadł nagle na ziemię i już nie wstał. Znalazłem go leżącego bez ruchu, z zamkniętymi oczami. Poruszał tylko lekko wargami i wypluwał ziarenka, jakie pozostały mu w ustach. Lekarz naszego pociągu, pani Szapiro, która skończyła niedawno studia medyczne, i która bardziej niż medycyną zajmowała się kwestią jak najszybszego przejścia na chrześcijaństwo w celu poślubienia rannego lotnika z naszego pociągu, sprawdziła tętno chorego i stwierdziła, że zapadł w sen i nie należy mu przeszkadzać. Do wieczora nie odzyskał przytomności i zmarł. Nazajutrz znalazłem go leżącego na podłodze, a przy nim żona i czwórka dzieci opłakujące go cicho. Przypominając sobie, że wczoraj kobiety prosiły mnie, aby zabrać z ich wagonu kobietę w drgawkach, chciałem teraz przenieść do innych wagonów tych, którzy byli w wagonie razem ze zmarłym, ale ku memu zdziwieniu nikt nie chciał się ruszyć. „Jechaliśmy razem z nim, gdy był żywy, to nie opuścimy go także po śmierci” – powiedzieli.

W Homlu także nie chcieli przyjąć naszych rannych i zaproponowali, abyśmy pojechali do Rogaczowa, gdzie mieściło się wiele szpitali. Uchodźców postanowiłem pozostawić na miejscu. (…)

O trzeciej w południe ruszyliśmy do Kobrynia, ale gdy odjechaliśmy od stacji na pięć wiorst pociąg stanął. Dowiedzieliśmy się, że przed nami jest kilkadziesiąt pociągów wlokących się metr po metrze do Kobrynia. W ciągu prawie czterech godzin przejechaliśmy tylko jedną wiorstę. W ciągu 24 godzin zrobiliśmy 20 wiorst i do Kobrynia zostało jeszcze sześć. Poszedłem do miasta na piechotę. Cały teren po drodze przypominał obozowisko nomadów. Tysiące żołnierzy, chłopów i chłopek siedziało po obydwu stronach torów gotując strawę. Na długości pół wiorsty leżały przy torowisku rozbite i spalone wagony oraz tysiące listów i innych papierów. Przed dwoma dniami zderzył się pociąg pocztowy z pociągiem sanitarnym. Zginęło przy tym 35 osób i wiele zostało rannych. Na dworcu w Kobryniu spotkałem Tułupowa. Opowiedział mi, że był u niego rabin miejscowej gminy. Razem poszli do Związku Miast prosząc o zorganizowanie pomocy dla żydowskich uchodźców i taką pomoc obiecano. Odwiedził z rabinem także synagogę i to co zobaczył – przeraziło go. Tysiące uchodźców w ścisku i tłoku w budynku i na przyległym placu, a wśród nich wielu chorych na cholerę. Chorzy i zmarli leżą razem ze zdrowymi. Prawdziwe piekło.

Od Tułupowa dowiedziałem się, że na razie nie ma napływu rannych z frontu i dlatego poprosiłem go, aby dał mi pociąg natychmiast po przybyciu tutaj w celu przetransportowania nowej grupy uchodźców żydowskich.

-Wie pan przecież – odpowiedział mi – że zawsze pomagam panu. Myślę, że nic nie stanie na przeszkodzie w przekazaniu panu pociągu. Ale i tym razem trzeba będzie zabrać nie tylko Żydów, ale i innych uchodźców.

-To zrozumiałe samo przez się – powiedziałem – lecz proszę zwrócić uwagę, że ponoszone po drodze koszty pokrywam z pieniędzy żydowskiego Komitetu Pomocy, które mam prawo wydawać wyłącznie na uchodźców żydowskich. Jeśli zabiorę do pociągu uchodźców chrześcijańskich trzeba będzie uzyskać z jakiejś instytucji pieniądze na ich utrzymanie.

-Ale dlaczego robi pan rozróżnienie między uchodźcami żydowskimi i chrześcijańskimi? - zawołał z goryczą Tułupow.

-To nie ja robię takie rozróżnienie, lecz inni. Każdego dnia przyjeżdżają tędy dziesiątki pociągów z uchodźcami i nie ma wśród nich ani jednego wiozącego Żydów. Nie pozwalają im wchodzić do wagonów. Tutaj komendant miasta nie pozwala Żydom nawet wejść na dworzec.

-Wszystko, co pan mówi, to prawda! Ale tak czynią oni, a my uważamy, że czynią źle, w sposób urągający człowieczeństwu. Więc dlaczego chcecie ich naśladować? Chrześcijanie czy Żydzi – wszyscy są teraz nieszczęśliwymi uchodźcami.

-To nie jest kwestia uchodźców, gdyż także w moich oczach są równi w obliczu nieszczęścia – odpowiedziałem. – Pytanie brzmi, które Komitety pomocy powinny komu pomagać. Nie widziałem dotychczas, aby Komitety Pomocy dla Rosjan (a są takie) oferowały pomoc Żydom. Poza tym, nawet gdybym zgodził się z panem, bez uzyskania pozwolenia Komitetu Pomocy nie mógłbym wydawać pieniędzy z jego kasy na uchodźców chrześcijańskich.

Rabin miejski miał przyjść na dworzec zobaczyć się z Tupolewem, ale nie przyszedł, więc poszedłem do niego do miasta. Ruch pociągów był ogromy. Wszędzie widać było pospiesznie wycofujące się wojsko.

Poszedłem z rabinem do synagogi. To co tam zobaczyłem było przerażające. Wśród tuzinów Arek Przymierza z księgami Tory zwiezionych tam z domów modlitwy z całego świata, wśród dziesiątek skrzyń, torb i pakunków, stali i leżeli na ziemi stłoczeni ludzie, duzi i mali, wśród krzyków i płaczu, wśród smrodu i brudu panującego w każdym kącie. W pierwszej chwili poczułem mdłości i zbierało mi się na wymioty od duchoty i smrodu.

Przy wschodniej ścianie leżała w kącie może dziesięcioletnia dziewczynka. Miała zzieleniałą twarz. Obok niej stała kobieta i płakała.

-Co jej dolega? – zapytałem.

-Brzuch… odpowiedziała z płaczem matka. – Czy można sprowadzić do niej lekarza?

-Cholera – szepnął mi rabin i mówiąc to wskazał palcem cały rząd chorych leżących koło dziewczynki. Niektórzy mieli zakryte twarze. Czerwonka.

-Czy nie ma miejsca, gdzie można przenieść chorych? – zapytałem rabina.

-Nie ma. Szpital oddany jest na potrzeby wojska. Chorych cywilów nigdzie nie przyjmują, a szczególnie tych z cholerą.

-Może dałoby się ich przenieść do innej bożnicy?

-Inne domy modlitwy, włącznie z kościołami, służyły przedtem jako koszary dla wojska. Teraz wyprowadzono stamtąd żołnierzy, a ulokowano w nich rodziny żydowskich szewców i garbarzy pracujących dla intendentury.

Gdy dowiedziano się, że jestem związany z Komitetem Pomocy, podeszły do mnie dziesiątki uchodźców, każdy ze swoją specjalną prośbą.

-Trzeba przenieść część uchodźców do miasta, gdzie pewnie są opuszczone domy. Czy dałoby się znaleźć kilka takich domów? – zapytałem rabina.

-Oczywiście, że można znaleźć – odpowiedział jeden z uchodźców – ale nie możemy stąd wyjść.

-A dlaczego?

-Biją i kaleczą Żydów. Teraz biorą do wojska dzieci, które miały być zmobilizowane dopiero w roku 1917. Poborowi włóczą się pijani po ulicach i napadają na każdego Żyda bijąc go bez litości. Nie darują nawet żydowskim rekrutom. Składano już skargi u komendanta i ten wydał rozkaz zakazujący bicia, ale młodzi nie zwracają na to uwagi.

Na podwórzu panował taki sam obraz jak w synagodze. Było tam kilka tysięcy ludzi. Tu i ówdzie paliły się ogniska. Gotowano posiłek. Jak w obozie wojskowym. Wszyscy wiedzieli, że miałem przywieźć chleb i ze wszystkich stron pytają mnie:

-Gdzie jest chleb? W mieście nie można dostać za żadną cenę ani chleba ani mąki. Wczoraj z wielkim trudem udało się kupić zaledwie 30 pudów chleba. Cóż to jest dla trzech tysięcy ludzi. Mniej niż pół funta na osobę.

Podeszło do mnie kilku Żydów, byłych żołnierzy.

-Już dwa dni prosimy, aby wybudować tu, przy podwórzu, barak dla chorych, żeby nie leżeli wśród zdrowych. Jest trochę desek, znajdą się wśród nas rzemieślnicy i w ciągu dwóch dni można postawić taki barak.

-A co jest przeszkodą?

-Brak pieniędzy. Trzeba zapłacić za deski i rzemieślnikom. Potrzebne jest jakieś dwieście rubli.

Powiedziałem im, że mogą zaraz zabrać się do pracy, a pieniądze się znajdą. Zorganizowali grupę fachowców i obiecali zacząć pracę jeszcze dzisiaj.

Już wcześniej powiedziano mi, że wśród uchodźców znajduje się młody rabin, którego chora na cholerę żona urodziła bliźniaki i zmarła. Ojciec postradał zmysły i przed kilkoma dniami zniknął, a dzieci pozostały pod opieką uchodźców. Trzeba pilnie znaleźć dla nich mamkę.

Pieniądze, jakie miałem ze sobą, prawie się skończyły, a wydatki były duże. Będąc w Pińsku wysłałem telegraficzną prośbę do Petersburga i Kijowa, aby przysłano mi po 5000 rubli. Teraz musiałem wrócić do Pińska, aby odebrać pieniądze, znaleźć mamkę dla bliźniaków i lekarza dla uchodźców, a po powrocie zabrać stąd obiecanym mi pociągiem jak najwięcej ludzi. Ponieważ pociąg z chlebem, który przywiozłem, znajdował się nadal 4 wiorsty od miasta, umówiłem się z rabinem, że zaraz po przybyciu pociągu na stację przetransportuje ten chleb do synagogi przy pomocy młodzieży z Komitetu.

Na dworcu powiedziano mi, że także w Drohiczynie znajduje się kilka tysięcy uchodźców, a ich sytuacja jest bardzo ciężka. Postanowiłem wstąpić tam po drodze z Pińska.

(…)

Pieniądze dla mnie nie przyszły, ale pan Heifetz pożyczył mi na ich konto kilka tysięcy rubli. Znalazłem lekarkę pracującą w Związku Miast, która zgodziła się przyjechać do Kobrynia. Zgodziła się także żydowska pielęgniarka. Obiecały przybyć jutro i mieć mamkę dla bliźniaków. Ja chciałem wyjechać już tego samego dnia. Poszedłem na dworzec i znalazłem pociąg sanitarny jadący do Kobrynia. Wsiadłem do niego i czekałem kilka godzin, ale nie ruszył z miejsca. W międzyczasie wszedł lekarz i powiedział mi, że pociąg nie pojedzie do Kobrynia i że nie odejdzie już tam w ogóle żaden pociąg. Przyszedł taki rozkaz. Wysiadłem z pociągu i spotkałem znajomego lekarza, który pracował w szpitalu ewakuacyjnym nr 25. Zapytałem go o ten rozkaz.

-A po co panu Kobryń? – zapytał. – Przecież pana pociąg wyjechał z Kobrynia. Przed paroma godzinami cała pańska kompania przejechała tędy w drodze do Łunińca.

-Naprawdę? Nie myli się pan?

-A czyż nie znam dobrze pociągu Kompanii Techników?

Poszedłem do naczelnika stacji i także on powiedział mi jasno, że pociąg Techników jest już za stacją Parochońsk.

Mapa

Polecane

Zdjęcia

Słowa kluczowe