Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

 

Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

 

Teatr NN

Koźla uczta w Józefowie

Koźla uczta w Józefowie. Opracowane i tłumaczenie, według opowiadania Azriela Amar-Lamera z księgi Trzy bramy opowiadania, Yaron Karol Becker.

Rynek w Józefowie Biłgorajskim
Rynek w Józefowie Biłgorajskim (Autor: nieznany)

Niesamowita i smakowita (miam, miam!) historia o uczcie z okazji pogrzebu Kozła Ofiarnego miasteczka Józefów

Słuchy mają to do siebie, że bardzo szybko stają się niepodważalnymi w swej wiarygodności informacjami. Ciekawe, że to samo można powiedzieć o słuchach przed wiekiem w Józefowie Biłgorajskim-Ordynackim, niewielkiej koniec końcem przestrzeni informacyjnej (infosferze), oraz o newsach podawanych w błyskawicznym tempie na cały świat przez dzisiejsze najnowocześniejsze media. Okazuje się, że w naszym ponowoczesnym świecie, który zmienia się w tempie tak bardzo przyśpieszonym, że aż z trudem sam siebie rozpoznaje, są  pewne rzeczy stałe i niezmienne – słuchy.

A słuchy, mówiąc wprost, odnosiły się do długo oczekiwanego przez żydowskich mieszkańców Józefowa wydarzenia, mianowicie do śmierci publicznego kozła ofiarnego w miasteczku, capa, którego właścicielem był bogaty gospodarz Reb Bejrisz Mizowi (czyli z wioski Zowy). Zanim wytłumaczę co to znaczy „ofiarny kozioł publiczny” i wejdę w boczną uliczkę narracji, czyli nieuniknioną „uczoną dygresję”, powiem tylko, że w tym wypadku słuchy sprawdziły się: kozioł ostatecznie i nieodwracalnie zdechł.

A teraz o tym, czym jest publiczny kozioł ofiarny w miasteczku. Powiadają, według rożnych źródeł – i nie będziemy w duchu postmodernistycznej narracji zbyt pedantycznie wchodzić w prawdziwość obiektywną detali historycznych, bo najważniejszy jest tu dyskurs subiektywny czyli ciekawa fabuła – iż istniał w miasteczkach zwyczaj, według którego jeden z pierworodnych pewnej kozy jakiegoś gospodarza stawał się publicznym kozłem ofiarnym miasteczka.

Był to dziwny zwyczaj. Z jednej strony przypominał czasy świetności Drugiej Świątyni w Jerozolimie, kiedy to wielki kapłan składał na ołtarzu ofiarę z jednego kozła a drugiego kozła, kozła odpuszczenia, zrzucano ze skały w pustynną przepaść. Z drugiej strony, w miasteczku nie było wielkiej świątyni z epoki króla Heroda i dawno już minęły czasy składania żywej ofiary z kozła, czyli zarzynania go (co najwyżej skręcano głowę kogutowi przed Dniem Sądnym). Był to więc, można powiedzieć, symboliczny kozioł ofiarny, noszący na sobie wszystkie grzechy miasteczka, któremu nikt nie wchodził w drogę, którego nie wolno było szykanować i do którego należało odnosić się jak do świętego.

Reb Bejrisz Mizowi miał wątpliwy zaszczyt być właścicielem takiego właśnie kozła. Piszę „wątpliwy”, bo taki święty kozioł bardzo szybko okazywał się strasznym szkodnikiem, chociaż początki były bardzo miłe. Wszyscy kochali i lubili wesołego koziołka, rozpieszczali go i karmili nie tylko koźlim mlekiem. Z czasem jednak zamienił się w rogatego capa napadającego na wszystkich i na wszystko.

Łamał sobie głowę reb Bejrisz, jak pozbyć się tego kłopotu. W końcu zastawił wnyki na kozła. Ten wlazł w pułapkę, złamał sobie nogi i nawet rogi i w końcu zdechł. Reb Bejrisz wielce uradował się z tego powodu, a razem z nim całe miasteczko. (A miasteczko miało ku temu powody). Przede wszystkim zaś, śmierć kozła ucieszyła miejscowe towarzystwo pogrzebowe zwane Chewra Kadysza (dosłownie „święte towarzystwo”). Jasne było bowiem, że tak rzadkiej okazji, nadarzającej się raz na sto lat, pierwszy gabaj (przełożony) tej świętej firmy nie przepuści. Biedny reb Bejrisz jęczał i użalał się gabajowi: „Nie kozła chcecie grzebać, lecz ze mnie skórę zdzierać”. Lecz gabaj nie zważał na lamenty reb Bejrisza, bo planował już wielką stypę po koźle, w której miało uczestniczyć niemalże całe miasteczko. I żeby się upewnić, że nikt nie zagarnie tej złotej okazji dla zarobku, polecił drugiemu gabajowi wysłać listy do okolicznych świętych zakładów, żeby nie odważyły się tknąć ich kozła.

Potem pierwszy gabaj, pomimo ogromnej dziury w kasie stowarzyszenia, wydał rozporządzenie do kobiet płaczek i myjących ciała zmarłych, aby podobnie jak na święto Simchat Tora przyniosły do szocheta (rzezaka) 18 gęsi i przygotowały je do wypieku. Inne kobiety czyściły naczynia, które powędrowały na stoły biesiadne. Grupa grabarzy dźwigała stoły i ławy dla biesiadników a całe miasteczko już „łykało ślinkę”.

Pojawił się jednak „problem monopolowy”: jak tu jeść bez picia? Zwrócono się więc do „monopolszczika” i zamówiono u niego skrzynkę znanego 95-procentowego napoju. Lecz ten „goj-cholera” nie chciał dać na borg. Grabarze wrócili z pochylonymi ze wstydu i smutku głowami, aby złożyć o tym raport pierwszemu gabajowi. Bardzo się wzburzył ich przełożony. Miłosierdzie wezbrało w jego sercu i pomyślał w duchu: „Tacy koszerni i prości Żydzi, których życie mija w smutku i płaczu. A przecież gorzałka raduje serce. Dlaczego odebrać im od ust trochę przyjemności? Niech mnie kule biją, lecz nie odstąpię, nawet jeśli będę musiał zastawić klejnoty mojej małżonki u tego goja drania”. Brajndel, jego małżonka, dobra dusza nie myślała nawet, by sprzeciwić się woli małżonka. Z wstydliwym uśmiechem na ustach oddała swoje klejnoty do lombardu i „Krzywy” karczmarz zgodził się dostawić na stypę dwie skrzynki „gorzkiej kropli”.

Pod wieczór wszystko już było gotowe. Miasteczko ubierało się w pogodną ciszę wigilii sobotniej, kiedy nastąpił oczekiwany moment, na który czekali wszyscy ze skurczonymi żołądkami i suchymi gardłami. Polała się gorzałka do podanych w wyciągniętych ramionach kielichach. Pierwszy gabaj rozdzielił pomiędzy biesiadników plecioną chałę wielkości całego stołu i na jego toast „lechaim” wychylono pierwszego kielicha, a pracowite niewiasty dały gabajowi znać, że pieczeń gęsia już gotowa. Wtedy podskoczył przełożony chyżo do pieca i sprawnymi rękami, lekkim ruchem, z tą samą pewną siebie wprawnością, z którą spuszczał po sznurze nieboszczyka do grobu by nie był zbędnie potrząsany, wyciągnął deskę z otworu pieca. Powiew ciepłej i wilgotnej pary unoszący się z pieca tak odurzył swym apetycznym zapachem wszystkich grabarzy – starych i młodych pracowników zakładu pogrzebowego, mężczyzn i kobiet – że aż westchnęli wszyscy głęboko i chórem wydali z siebie okrzyk: „ha!”.

Ujął wtedy w swe dłonie pierwszy gabaj pieczoną gęś błyszczącą od ociekającego z niej tłuszczu i lekko spaloną, podniósł ją w górę jak człowiek który zabiera się do wygłoszenia ważnej deklaracji. I powiedział: „Z okazji dzisiejszej biesiady deklaruję, że nowi pracownicy, tak jak i weterani naszego zakładu, będą częstowani całą „ćwiercią” gęsi”. To był jego manifest. Odpowiedział mu zgodny chór pracowników: „Ho, jakiego pierwszego gabaja mamy!..”. Zgodnie z rozkazem gabaja, kobiety z zakładu pogrzebowego ugościły całą „ćwiercią” gęsi każdego z mężczyzn zasiadających przy stole. Jedni otrzymywali ćwierć górną a inni dolną. O tym decydował los, z którym trzeba było się pogodzić. A one, pracowite niewiasty – któż zna brzemię ich życia! – zadowalały się „drojbes”, czyli podrobami.

Cisza zaległa przy stołach. Tylko głośne mlaskanie i chrzęst gryzionych gęsich kości  zakłócały ten spokój... Spożywający posiłek dzielili się zasadniczo na dwie grupy różniące się swym stylem żarłocznego pochłaniania osławionej „ćwierci”. Jedni, nachyleni nad talerzem zanurzali swe brody aż do kompletnego scalenia się z gęsim posiłkiem. Inni znów trzymali talerz lewą ręka w powietrzu a prawicą rwali kawałki gęsi i pchali je do otwartych gąb. Jedli z takim impetem, tak zachłannie i pośpiesznie, jak ich przodkowie w nocy przed wyjściem z Egiptu. A kiedy pochłonęli mięso, dorwali się do kości i nie popuścili szpikowi wysysając z wielkim szumem ten słodki pokarm z piszczeli. Wypróżnili także kilka kieliszków jeden po drugim, a potem chwycili za butelki i z nich bezpośrednio chlać zaczęli. Ledwo zdążyli rozprawić się każdy ze swoją ćwiercią, już niewiasty poczęły znów krążyć pomiędzy stołami od mężczyzny do mężczyzny podając im podroby „drojbes”, bo nie były w stanie same sprawić się z nimi. Pierwsi rzucili się na nie młodsi grabarze, którym stał jeszcze w ustach smak „pipiklech” – pipków, „gergełech” – gardziołków i „lejberlech”– wątróbek z zeszłorocznego święta Symchat Tora. Starsi grabarze także nie wzgardzili podrobami.

Kiedy pierwsza fala obżarstwa minęła, jedzenie stało się bardziej ustatkowanym i przeplatanym rozmowami, a nawet żartobliwymi uwagami na temat reb Bejrisza.„Smak ćwierci  ma smak raju”– tak wypowiedział swój sąd o pieczeni pierwszy gabaj. I gładząc zatłuszczoną swoją brodę, podał dyskretny znak reb Dudelowi i reb Luzerowi, dwóm znanym „artystom” w miasteczku, że czas na przedstawienie.

Podział ról, czyli casting był bardzo szybki. „Ty będziesz świętym kozłem i właź pod stół, a ja będę reb Bejrisz” – powiedział reb Dudel i na stół wskoczył. Reb Luzer odpowiedział mu długim: meeeeee!!! na znak zgody i wlazł pod stół. Tak zaczęło się żartobliwe przekomarzanie między dwoma lecami (błaznami).

– „Powiedz mi święty koźle, czyż nie opiekowałem się Tobą tak jak Bóg przykazał?” – zapytał reb Dudel jako reb Bejrisz i w odpowiedzi usłyszał znów długie „meeeeee”, lecz później jakieś krótsze „brr”.

– „Co to brr znaczy?” Zapytał reb Bejrisz.

A kozioł, głosem niepewnym replikował: „Tak, na początku tak, ale później nie za bardzo.” Na takie dictum zawołał Bejrisz wielkim głosem: „Czyż nie karmiłem Cię mlekiem? Czy zatrudniałem Cię w pocie czoła?”

– „Prawda, to wszystko prawda, ale ...” – oponował kozioł.

– „Jakie ale?!” – wzburzony Bejrisz nie dawał kozłowi dokończyć zdania. Aż w końcu kozioł jednak wstawił pomiędzy jednym płaczliwym mee a drugim: „przecież w końcu oszukałeś mnie” – wydusił z siebie kozioł swój żal.

– „Co! – zakrzyczał zdumiony Bejrisz – oszukałem Cię? Ja? Bogobojny Żyd Bejrisz oszukałem? Powiedz święty koźle, czy niewystarczająco tratowałeś, niszczyłeś, szalałeś i rujnowałeś wszystko, co stało na Twej drodze? Czyż mogłem więcej to cierpieć? A teraz nadszedł czas bym Cię opłakiwał”. I zaczął:

– „Gdybyś był zrodzony z kozy mojego sąsiada Kapusty, Twój los byłby takim jak los innych kozłów: jadłbyś brukiew, którą on karmi swoje świnie, obciął by Twoje rogi, zawiązał Twoje nogi i w końcu by Cię zarżnął. Lecz ponieważ zrodziła Cię koza reb Bejrisza i pierworodnym wyszedłeś z brzucha matki – świętym jesteś dla narodu Izraela. I tak się do Ciebie odnosiłem, ja i moi domownicy przez wiele dni. Jak królewicz spacerowałeś po moim ogrodzie, urosły Ci dwa rogi ku chwale wszystkich kozłów i wierzyłem całym sercem, że przez te rogi będzie usłyszane proroctwo Mesjasza Cidkenu do jego narodu …”. Łzy wkradły się do gardła reb Bejrisha i sparaliżowały jego mowę. Z wysiłkiem zakończył:

– „A kiedy nie dostąpiliśmy tej łaski i Ty dewastowałeś nadal ...”. W tym momencie wielka czysta kryształowa łza stoczyła się z jego oka.

– „Brr” – zawył i zadrżał kozioł na całym ciele: „Gniję jeszcze na Twym podwórzu i śmierdzę już”.

Reb Bejrisz (Dudel) chwycił się za brodę i uroczyście zaprzysiągł: „Żydowski pochówek Ci sprawię, mój święty koźle, jakem Żyd”. I zlazł ze stołu kończąc przedstawienie.

Niewiasty zaś, które stały za plecami grabarzy, końcami swych szawisów (chust na głowę) wycierały już swoje nosy mokre od płaczu, wzdychały głęboko jak to robią niewiasty w babińcu na post Tisza Beaw. Ciężka, dręcząca cisza zaległa pomiędzy biesiadującymi. Trzeba było pilnie zmienić nastrój. Wtedy reb Joskie lekkonogi skoczył na stół dźwigając na plecach dużego białego kozła i zaczął z nim wywijać taneczne figury. W ciągu sekundy znikł smutek z twarzy biesiadników, którzy wybuchli wesołym śmiechem. Martwego kozła zamienił żywy. Lecz i ten, jak to kozły bywają, był nieposłuszny. Nie chciał zleźć z głowy reb Joskie, co było powodem kolejnych wybuchów śmiechu. Aż w końcu zeskoczył ze stołu i jeden z grabarzy złapał go za ogon. Kozioł uciekł, pociągając go za sobą aż na rynek ku wielkiej radości dzieciaków miasteczka.

Te ostatnie wydarzenia odbyły się, kiedy zasiadający przy stołach rzetelnie i z wielkim oddaniem zajęli się ostatecznym wysuszeniem zapasów alkoholu. Ich zmysły stępiały także z powodu nadmiernego obżarstwa. Nie pomógł tu nawet przedwieczorny lekki wiaterek, który dął od rzeczki. Słodki sen szybko ich powalił i wszystko ulotniło się z ich głów: teatr reb Dudla i reb Luzera, taniec reb Joskie z żywym kozłem. Nawet zakład klejnotów żony pierwszego gabaja u „monopolszczika” nie ciążył na ich sumieniu. Zachrapali wszyscy zgodnie jednym chórem, jeden przy stole, inny pod stołem a jeszcze inny na ławie.

Tylko niewiasty nie przestały się krzątać, porządkując dom pierwszego gabaja. A potem każda z nich wzięła za klapę swego męża i powlekła do domu. Mimo zmęczenia nie zapomniały bogobojnej i mającej złote serce żony pierwszego gabaja – Brajndel. Pracując ciężko, modliły się po cichu o wyjęcie z lombardu klejnotów, które zastawił jej mąż u goja „monopolszczika”.

Podczas chłodnych, szarych, dni kaca, które nastąpiły po szalonej uczcie, przejaśniły się mózgi pracowników Chewra Kadisza i wytrzeźwieli oni także ze swoich fantazji. Okazało się, że podzielili oni skórę kozła jeszcze zanim dotarła do ich rąk. Z nadzieją patrzyli na wieś Zowy, w której gospodarzył reb Bejrisz. Lecz stamtąd ani słychu ani dychu. Nie wątpili oni już, że reb Bejrisz pochował gdzieś indziej swego nieodżałowanego kozła. Możliwie w sąsiednim miasteczku. Może nawet w samym Józefowie. I na dodatek krążyły słuchy że, o zgrozo!, ręka jednego z miejscowych grabarzy była w tym umoczona...

                           

(Opracowane według opowiadania Azriela Amar-Lamera z księgi Trzy bramy opowiadania) 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przekazane z ust do ust historie z Józefowa.

 

            No cóż... Chyba to zabrzmi trywialnie itp., lecz morałem poprzedniej historii jest to, że mamy tu znów do czynienie ze słuchami. I tym razem zbyt szybko zamieniły się one w tak zwane wiarygodne informacje z najpewniejszych źródeł, którymi zieją wprost współczesne środki masowego przekazu. Cap co prawda zdechł, lecz radość z zakończonej transakcji była przedwczesna w duchu przysłowia: „Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”. I tak samo ma się rzecz z newsami.

 

            Przejechała się Chewra Kadysza Józefowska na tym interesie i nigdzie nie znalazłem informacji  o tym, co stało się w końcu  z klejnotami szczodrej żony pierwszego gabaja – Brajndel. Niech będzie ozłocona w raju. Jedno jest pewne: najedli i napili się grabarze józefowscy na wszystkie czasy i niech im to pójdzie na zdrowie.

           

            A może, i ta historia też jest oparta  tylko na słuchach i jest zmyślona. Możliwie... Lecz przyznajcie, że jeśli nawet jest zmyślona, to jednak ciekawie i interesująco. I w tym cała jej pociecha. O faktach zaś, nie o słuchach dowiemy się z zasłyszanych historii z Józefowa. W przeciwieństwie do słuchów, do których odnieśliśmy się w poprzednim opowiadaniu Amera- Lamera, wstąpimy teraz na twardy grunt relacji, które zostały przekazane z pamięci o faktach wielkich i małych, mających duże i niewielkie znaczenie, ale dokonanych bez żadnych cudów czy  duchów. Faktów prozaicznych , powszednich i jak najbardziej prawdziwych.

 

Nie zrealizowany lincz

            W tym samym roku, w którym odbył się proces Bejlisa (czyli w roku 1913), w Józefowie była rzucona fałszywa potwarz na niejakiego Mosze Kohena oskarżonego, że zamordował „sziksę” (chrześcijańską dziewczynę) w celu wykorzystania jej krwi na cele rytualne. Żydzi, którzy wędrowali wtedy po wsiach byli napadani i bici. We wsi Nowiny szajgecim (chrześcijańscy chuligani) zatrzymali Żyda i chcieli zemścić się na nim za rzekomo popełnione przez niego morderstwo. Kiedy mieli już dokonać egzekucji zwrócił się on do ich chrześcijańskiego sumienia: „Co powie Bóg w niebie, jeśli wy zamordujecie niewinnego Żyda, ojca sześciorga dzieci?” „Mściciele” rozmyślili się i zwolnili go.

 

Uratował się w drodze z Lublina do Józefowa

            Kiedy pewnego dnia jechał Żyd by sprzedać swoje towary, napadł na niego w okolicach Szczebrzeszyna szajgiec (chuligan), który chciał go ograbić. Nagle pojawił się wóz, a w nim żydowscy handlarze końmi. Uratowali oni napadniętego Żyda i pobili szajgieca.

 

Znaczenie futra

            Jakub z Czistosze jechał do miasteczka Krasnobrody i zapomniał tam o swoim futrze. Gdy zjawił się w Beit Hamidraszu w Józefowie, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Zastanowił się nad swoimi stanem i stwierdził, że nie ma na sobie futra. Wysłał wtedy ojca P. Klichmana do Krasnobrodu, by przywiózł futro. Włożył je i wówczas wszyscy uczcili go przywitaniem. Powiedział im wtedy: „Nie witacie mnie, tylko futro”.

 

Mosze Naftali – miejscowy społecznik

            Ponieważ urząd gminy był w dalekim Aleksandrowie, Żydzi zapisywali daty urodzenia swych dzieci u księdza. Mosze Naftali zabiegał więc w urzędach o ogłoszenie „referendum”  w sprawie lokalizacji gminy. I aby osiągnąć większość głosów za przeprowadzeniem gminy do Józefowa, józefowscy Żydzi wrzucali kilkakrotnie swe głosy do urny wyborczej. Tak osiągnęli pożądaną większość.

           

            Mosze Naftali wystarał się także o przeniesienie jarmarków w Józefowie na poniedziałki, bo w czwartki, kiedy to odbywały się zwykle, były niewielkie, z nielicznymi uczestnikami i mało znaczące. A tak, ponieważ większość chłopów z okolicznych wsi była już po jarmarkach w sąsiednich miasteczkach, mogła

Opowiedział M. Princ

 

***

Na tym zakończę przypowieści z Khilat Hakodesz (świętej gminy) Józefowa. A to tylko mała cząstka z tego, co się działo w tym niewielkim miasteczku. I ile jeszcze tych miasteczek było? 

Mapa

Polecane

Zdjęcia

Słowa kluczowe