Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Teatr NN

Opowieść Cwi Orensteina

Opowieść Cwi Orensteina (1920-2012), Żyda, mieszkańca Wielkich Oczu

oprac. i tłum. z hebrajskiego Krzysztof Dawid Majus

Opowieść Cwi Orensteina

Urodziłem się w Polsce w miasteczku Wielkie Oczy. Była to malownicza miejscowość otoczona lasami, polami i polnymi drogami, które latem pokrywały obuwie wędrowców kurzem, a jesienią i z początkiem zimy oblepiały je bez ustanku błotem, aż do nadejścia śniegów, które po roztopieniu znów zamieniały drogi w grząskie błoto. Rzeczki i strumienie wody torowały sobie drogę w żyznym gruncie i stawały się miejscem kąpieli i młodzieńczych zabaw okolicznych dzieci oraz źródłem wody dla praczek na ich brzegach.

W końcu XIX wieku mój dziadek, Jakub Orenstein, który mieszkał w niedalekich Morańcach, wydzierżawił od polskiego dziedzica Czernego folwark z dużym areałem ziemi w miejscu zwanym „korczunek”, co oznacza teren, na którym wyrąbano i wykarczowano drzewa w celu utworzenia polany. Folwark był oddalony o 3 km od Wielkich Oczu.

Wraz z innymi dziećmi z folwarku uczyłem się w szkole w Wielkich Oczach, do której uczęszczały wszystkie dzieci z okolicznych wsi: Polacy, Ukraińcy i Żydzi, a także dzieci z pobliskiego Fehlbachu, którego wszyscy mieszkańcy byli Niemcami i z którymi wielkooccy Żydzi utrzymywali kontakty handlowe. Na co dzień używaliśmy języka polskiego i częściej jeszcze żydowskiego, a w trzeciej klasie zaczęliśmy uczyć się także niemieckiego i ukraińskiego. Nauka w szkole odbywała się także w soboty i oczywiście my Żydzi byliśmy tego dnia nieobecni, co zmuszało nas do uzupełniania później nauczanego materiału.

Generalnie rzecz biorąc dzieci żydowskie miały więcej obowiązków niż dzieci chrześcijańskie. Przed rozpoczęciem każdego roku szkolnego przybywał do naszego domu na folwarku mełamed, który przez wszystkie dni tygodnia mieszkał z nami i przygotowywał wszystkie małe dzieci z folwarku do nauki w chederze, a na sobotę wracał do swego mieszkania w Wielkich Oczach. Aby uniknąć codziennych dojazdów z folwarku do szkoły w Wielkich Oczach, i z powrotem, mieszkaliśmy w jednym z dwóch domów, jakie mój dziadek nabył w miasteczku i które stały na dużym placu. W każdą niedzielę furmanka zaprzężona w dwa konie woziła nas do Wielkich Oczu, a w piątek po południu wracaliśmy na folwark. W dni powszednie po zakończeniu zajęć w szkole i po spożyciu obiadu w domu uczyliśmy się Tory w chederze wraz z pozostałymi chłopcami żydowskimi z miasteczka.

W Wielkich Oczach mieszkało około 85 rodzin żydowskich, które zamieszkiwały centrum, gdzie koncentrował się drobny handel. Ze względu na zakaz zatrudniania Żydów na stanowiskach państwowych większość z nich zmuszona była do utrzymywania się z uprawiania rzemiosła i drobnego handlu, a głównie krawiectwa, szewstwa, handlu pasmanterią i wyrobami spożywczymi oraz innych zawodów i profesji. Po dwóch stronach długiej ulicy były domy, obory, stodoły i inne budynki – to były gospodarstwa chrześcijańskie.

Na rynku miasteczka stały naprzeciw siebie dwie bóżnice, stara i nowa, oddzielone bitą drogą. Niedaleko, w miejscu zwanym Pasternik, mieściła się mykwa zwana „de bod”. Było to pomieszczenie parowe, podobne do łaźni tureckiej albo sauny. Kilkuschodkowe zejście prowadziło do zimnej wody. Kilka razy towarzyszyłem swemu ojcu, ale nie mogłem znieść panującego tam zapachu i dlatego unikałem tego miejsca. Mykwa służyła także kobietom. Mężczyźni korzystali z niej w piątki, przed rozpoczęciem szabasu.

Moja rodzina uczęszczała do starej bóżnicy zwanej bejt ha-midrasz, w której modlili się głównie starsi Żydzi miasteczka. Ojciec miał swoje honorowe miejsce przy wschodniej ścianie, tuż koło rabina miasteczka Jony Teomim, który kontynuował wieloletnie tradycje swej rodziny, jako kolejnych rabinów Wielkich Oczu.

W soboty i święta rodzina maszerowała pieszo 3 kilometry z folwarku do bóżnicy. Ponieważ po drodze przekraczaliśmy „zakres szabasu” zatrzymywaliśmy się w połowie drogi, aby położyć na ziemi jakąś potrawę przygotowaną jeszcze w piątek. Był to zwyczaj praktykowany od niepamiętnych czasów. W ten sposób mogliśmy iść dalej. Spotykani po drodze i pracujący na polach Polacy i Ukraińcy, którzy znali nas, kłaniali się i pozdrawiali unosząc czapki i życząc dobrej soboty.

Przed Nowym Rokiem i przed Sądnym Dniem wysyłaliśmy furmanki ze słomą do wymoszczenia podłogi bóżnicy, aby modlący mogli zgodnie ze zwyczajem zdjąć buty i modlić się tylko w skarpetach. Przed świętem Sukot wysyłaliśmy gałęzie do budowy szałasów i składaliśmy je na rynku dla użytku wszystkich Żydów. W te święta spaliśmy w naszym domu w Wielkich Oczach, a wieczorem po zakończeniu święta przyjeżdżały furmanki z Korczunku, aby zabrać nas do domu na folwark. Święta Pesach spędzaliśmy wraz z całą rodziną na Korczunku.

Bejt ha-midrasz był starym budynkiem z cegieł, długim i wysokim, i posiadał grube i mocne ściany. W centrum sali wznosiła się bima, otoczona czymś w rodzaju poręczy z drewna, z której gabaj prowadził modlitwy i zapraszał niektórych modlących się do odczytania fragmentów Tory wyjętej z Aron ha-Kodesz, co było honorowym wyróżnieniem. Po obydwu stronach bimy były długie ławki i stoły, a wzdłuż ścian stały drewniane szafy wypełnione grubymi świętymi księgami. Z boku stał kaflowy piec, który szames bejt ha-midraszu rozpalał w chłodne zimy i który palił się w dzień i w nocy dostarczając ciepła jak wieczny ogień. Na pięterku był babiniec oddzielony przezroczystą zasłoną ściąganą przez kobiety na boki, aby rzucać słodycze na głowy chłopców przystępujących do ceremonii bar-micwa, stojących na drżących łydkach na bimie, aby odczytać Haftara, albo na głowę pana młodego świętującego w bóżnicy „szabas pana młodego” i dostępującego zaszczytu wstąpienia na bimę. Ci, których było na to stać, mogli „wykupić” dla kobiet lepsze miejsce w babińcu. W czasie II wojny światowej bejt ha-midrasz został zniszczony i nigdy go nie odbudowano.

Nowa bóżnica, która stała naprzeciwko, została zbudowania w końcu XIX wieku. Po zniszczeniach I wojny światowej odbudowano ją w roku 1927 dzięki ofiarności pochodzącego z Wielkich Oczu Eliahu Gottfrieda. Gottfried był biednym sierotą, który podobnie jak wielu innych biednych Żydów miasteczka szukał swego szczęścia za morzem, głównie w Stanach Zjednoczonych. Tam dzięki wytrwałej pracy powiodło mu się i zdołał zgromadzić spory majątek. Bogactwo nie przesłoniło mu jednak pamięci o rodzinnym miasteczku i dzięki jego hojności synagoga została odbudowana i stała się najładniejszą budowlą Wielkich Oczu, co przyznawali nawet chrześcijańscy mieszkańcy miasteczka.

W miasteczku był jeden kantor, który był także rzeźnikiem i kontrolerem mięsa. W dni świąteczne, a w szczególności w trakcie „strasznych dni” i w święto Simchat Tora trzeba było zdecydować, w której bóżnicy pojawi się przed aron ha-kodesz i w której poprowadzi modlitwę. Oczywiście, rozwiązanie tego dylematu nie odbywało się bez dyskusji i kłótni, argumentów i kontrargumentów, który z minianów będzie miał prawo do wysłuchania treli kantora. Najczęściej dyskusje toczyły się kilka dni, zanim strony doszły do jakiegoś porozumienia, ku uciesze uczestników i obserwatorów tych sporów, a w szczególności dzieci, dla których każda wizyta w bóżnicy szybko stawała się pretekstem do rozrabiania, co napełniało serca dzieci radością, ale spotykało się z potępieniem i karceniem ze strony dorosłych.

Ruch chasydzki miał znaczny wpływ na życie Żydów w całej Galicji. W Wielkich Oczach najbardziej odczuwalny był ruch chasydzki z Bełza, który wyciskał swe piętno na wszystkich przejawach życia wielkoockich Żydów pielęgnujących chasydzkie zwyczaje i głębokie przywiązanie do tradycyjnego stylu życia. Co jakiś czas do miasteczka przybywali wielcy i ważni rabini, a między nimi admor z Bełza i admor z Jaworowa, a także inni okoliczni rabini. Przygotowania do takich odwiedzin i powitań trwały kilka tygodni i wszyscy Żydzi miasteczka brali udział w porządkowaniu i przystrajaniu.

Któregoś dnia przybył do miasteczka także biskup, aby odwiedzić swe owieczki. Tego dnia ogłoszono święto. Mieszkańcy oczekiwali go bardzo niecierpliwie, na jego cześć grała orkiestra, a młodzież na koniach wyjechała, aby powitać go i mu asystować. Przy końcu wizyty biskup przejechał koło synagogi, a Żydzi miasteczka z Księgą Tory oddali mu cześć. Zaskoczony biskup wypowiedział kilka słów, ucałował Torę i udał się w dalszą drogę.

W miasteczku były różne wydarzenia, w których wspólnie uczestniczyli i Żydzi i nie-Żydzi. Co roku odbywał się festyn w miejscu zwanym Mielniki. Był tam duży park, w którym Żydzi mieli zwyczaj spacerować i bawić się w soboty. W festynie brała udział orkiestra, były tańce, organizowano konkursy z nagrodami, a napoje płynęły jak woda. Zdarzało się nieraz, że Żydzi tańczyli z dziewczynami chrześcijańskimi. W każdy wtorek w miasteczku odbywał się targ. Sprzedawcy i kupujący zbierali się na rynku. Dzień targowy był dniem niemal świątecznym i nieraz targowi towarzyszyła muzyka i różne występy. Co jakiś czas występował biegacz obwieszony dzwonkami, który biegał wokół rynku i przyspieszał swój bieg w miarę wzrostu zachęty ze strony zebranych. Starsze kobiety sprzedające różne starocie miały sprawdzoną metodę grzania się w mroźne dni. Siadały na specjalne naczynia pełne żarzących się węgli zwane „fojer-top”, co nie przeszkadzało im być zrzędnymi i wykłócać się z innymi przekupkami i kupującymi, ku uciesze świadków tego widowiska.

I tak spokojnie płynęło nasze życie, aż do śmierci mojej matki, Fajgi. Był to rok 1930, krótko po urodzeniu się mojej najmłodszej siostry Rajzel. Miałem osiem lat, gdy wraz z żałobnym pochodem odprowadzałem matkę na wieczny spoczynek. Przed koniem kroczył szames bóżnicy głośno wołając: „Poprowadzi ją sprawiedliwość, jałmużna zbawi od śmierci”. Przed złożeniem ciała do grobu odsłonięto jej twarz owiniętą w całun i położono na oczach kawałeczki ceramiki. W Wielkich Oczach nie było zwyczaju wypisywania na macewach nazwiska zmarłego, tylko imię i imię jego ojca, wraz ze słowami wychwalającymi zmarłego. Na macewie mojej matki wypisano zapewnie coś w rodzaju „Jej dom był otwarty dla biednych, wspierała skrycie i czyniła miłosierdzie każdemu. Niech będzie dusza jej zawiązana w woreczku żywych”. W społeczności żydowskiej, przestrzegającej przykazań i tradycji, czyniono tak ze wszystkimi zmarłymi.

Później, po wygnaniu Żydów z miasteczka, macewy zostały rozkradzione z cmentarza przez pozostałych mieszkańców i służyły do budowy dróg, schodów, podłóg, itp. Dopiero w ostatnich latach część z nich została zwrócona na miejsce.

Rok później ojciec poślubił Rachel z domu Spatz z miasteczka Radymno. Rachel była kobietą religijną i wykształconą, kobietą światową, która spędziła kilka lat w Wiedniu u swego brata. Bardzo się cieszyłem, że znów miałem matkę. Rachel, wraz z mężem jej siostry Fiszelem, byli właścicielami cegielni w Żurawicy koło Przemyśla. Mój brat Mendel otrzymał stanowisko kierownika cegielni, po ukończeniu nauki w zakresie zarządzania i księgowości, i był prawie całą dobę zajęty, aby zrealizować wielkie zamówienie polskiego wojska i dostarczyć cegły do Sopotu, nieopodal Wolnego Miasta Gdańska, będącego swego rodzaju samodzielnym i niezależnym państwem.

W dniu 1 września 1939 w Polsce nie nastał świt. Promienie słońca zostały przesłonięte przez czarne chmury wojny. W ciągu zaledwie dwóch tygodni armia niemiecka stała u bram Wielkich Oczu. W niedalekim Przemyślu, tuż po wejściu faszystowskich żołdaków, zamordowano sześciuset Żydów. Nastroje i przeczucia ludzi były jak najgorsze. Odczuwało się bezsilność, desperację, zamieszanie i bezradność.

Moja matka, która jak już wspomniałem była kobietą wykształconą o dużym wyczuciu politycznym, nalegała abyśmy opuścili folwark i udali się na wschód z obawy przed faszystowskim okupantem. Wychodząc z założenia, że kobietom i dzieciom nie stanie się nic złego, nawet jeśli wojsko dojdzie do Korczunku, zostały one na folwarku z wujem Ajzykiem, aby dopilnować gospodarstwa. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy i nie wyobrażaliśmy sobie, ile zła i brutalności niesie przyszłość z rąk hitlerowców i ich pomagierów. Ja, mój ojciec, moja matka i mój wuj Berl Fuss, skierowaliśmy się na wschód w kierunku granicy rosyjskiej na furmance zaprzężonej w dwa najlepsze konie, załadowanej rzeczami osobistymi, prowiantem dla ludzi i karmą dla koni. Drogi były zatłoczone ogromną rzeszą ludzi, którzy także uciekali przed Niemcami, oraz jednostkami pokonanego wojska polskiego, także wycofującymi się w kierunku granicy rosyjskiej. Dojechaliśmy do Równego, na folwark należący do kolegi mego ojca. Przyjęto nas gościnnie, a ja zająłem się zmęczonymi i wyczerpanymi końmi. W międzyczasie przybyli jeszcze inni Polacy, którzy także uciekali na wschód i którzy także zostali grzecznie przyjęci.

Po kilku dniach, gdy uważaliśmy, że niebezpieczeństwo grożące z rąk hitlerowskich okupantów minęło, skierowaliśmy się z powrotem do domu. Po przybyciu do Niemirowa, oddalonego o 30 km od folwarku w Korczunku, zostałem wysłany na zwiady na moim rowerze, który załadowałem wcześniej na furmankę, żeby zobaczyć co stało się z naszą rodziną, która tam pozostała. Gdy dojechałem na folwark pociemniało mi w oczach. Nie było tam nikogo z naszej rodziny. Folwark był zniszczony, stodoły i obora były rozbite, a konie i bydło zniknęły. Tylko rodzina ukraińskich pasterzy, którą zatrudnialiśmy na folwarku, pozostała na miejscu. Bez zbędnej zwłoki wróciłem, aby ostrzec członków rodziny, żeby nie jechali na folwark. Razem udaliśmy się do naszego domu w Wielkich Oczach, nabytego w przeszłości przez mego dziadka. Tam ucieszyliśmy się ze spotkania z resztą rodziny, w tym także z mym bratem Mendlem, który powrócił z wojska do domu po rozbiciu i rozproszeniu polskiej armii. Teraz cała rodzina była razem pod jednym dachem w Wielkich Oczach, poza dwoma siostrami przebywającymi w Jaworowie i Lubaczowie.

26 września tego roku pojawili się w okolicy Rosjanie. W Wielkich Oczach była teraz Armia Czerwona. Wszystkie instytucje żydowskie zostały w zasadzie zlikwidowane. Organizacje żydowskie, które nie rozwiązały się same, zostały zamknięte lub zeszły w podziemie. Syjonizm i religia uchodziły w oczach sowietów za ideologie reakcyjne i działalność antyrewolucyjną. Poza utratą wolności ideologicznej trwała także marksistowska walka klasowa. Pomimo, że Żydzi woleli władzę sowiecką niż niemiecko-faszystowską, a nawet byli uprzywilejowani przy podziale stanowisk przez nową władzę, która uważała ludność żydowską za bardziej godną zaufania, niż Ukraińcy czy Polacy, to i tak nie zapobiegło to prześladowaniom Żydów przez komunistów, wraz z prześladowaniem innych narodów, gdyż uważani byli przez nich za burżujów, wyzyskiwaczy i spekulantów. Pomimo, że nastąpiła pewna poprawa sytuacji ekonomicznej, z której wielu Żydów skorzystało, to i tak panowało odczucie niezadowolenia. Polacy i Ukraińcy, którzy widzieli w Rosjanach władzę okupacyjną, która przyszła zabrać ich ziemie i odebrać niepodległość, a w Armii Czerwonej żołdaków, którzy wbili im nóż w plecy, złościli się na przychylność, jaką nowa władza manifestowała w stosunku do Żydów i zaczęli odczuwać w stosunku do nich stale narastającą niechęć. Pomimo wyjaśnień, że Żydzi wolą władzę sowiecką tylko z obawy przed Niemcami, Polacy nie przyjmowali tego. I rzeczywiście, znalazło to swój wyraz później, gdy Żydzi potrzebowali pomocy od Polaków. Także z tego powodu, oraz ze względu na ewentualność, że Niemcy pomogą im uzyskać niepodległość i zdjąć z ich barków jarzmo władzy sowieckiej, Ukraińcy zdecydowali się nieco później współdziałać z Niemcami.

W drugiej połowie 1940 roku i na wiosnę 1941 wszyscy mężczyźni urodzeni w latach 1917-1922 zostali wezwani do stawienia się do służby wojskowej. Około 150 tysięcy ludzi z zachodniej Białorusi i Ukrainy, czyli terenów Polski zaanektowanych przez Rosję, stawiło się do służby. Wśród nich było około 30 tysięcy Żydów. Ja i mój brat Katriel byliśmy wśród zmobilizowanych. Zostaliśmy oderwani od naszej kochanej rodziny, której nie mieliśmy już nigdy zobaczyć…

Cwi Orenstein, Tel Awiw, czerwiec 2005

Mapa

Polecane

Zdjęcia

Słowa kluczowe