Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Teatr NN

Opowieść Ryszarda Majusa

Opowieść Ryszarda Majusa (1924-1995), Żyda, mieszkańca Wielkich Oczu

oprac. Krzysztof Dawid Majus

Opowieść Ryszarda Majusa

Będzie to historia naszej rodziny, historia ludzi, po których nic nie zostało, oprócz tego że żyją w mojej pamięci. Każdy człowiek ma imię. Ja te imiona tu wywołam i postaci, które te imiona nosiły. Nic mi po nich nie zostało. Ani rzecz żadna, ani nawet zdjęcie. Prócz zdjęcia mego bł. p. Ojca Abrahama Majusa, które przywędrowało do mnie aż z Australii. Chciałbym w ten sposób ochronić Ich przed zapomnieniem. To jest moim obowiązkiem, dlatego że tylko ja przeżyłem Zagładę.

Wielkie Oczy to wieś położona przy granicy między Polską a Ukrainą. Tam się urodziłem. Tam spędziłem dzieciństwo, tam pochowani zostali na cmentarzu żydowskim moi dziadkowie, którzy mieli szczęście umrzeć naturalną śmiercią, zanim faszyści niemieccy i ukraińscy zamordowali całą żydowską ludność miasteczka w latach 1942-1943, a wśród nich moich rodziców Abrahama i Goldę (z domu Zilbersztajn), brata Józefa, moich wujków, kolegów i koleżanki szkolne. O tym miasteczku i o swoim domu rodzinnym słów kilka powiedzieć chciałbym.

Dom, w którym się urodziłem 4 lutego 1924, stał przy rynku. Parterowy, murowany, z czerwonej cegły, kryty dachówką. Dom ten wybudował mój dziadek. O dziadku tym opowiem potem. Wszystkie domy w rynku były parterowe, murowane lub drewniane. Prawie w każdym był sklep jakiś, albo warsztat, piekarnia, szewc. I wszystkie należały do Żydów. Jedynym wyjątkiem był dom pani Linowej, sąsiadujący z naszym. Tam mieszkała polska rodzina, która prowadziła wyrób i sprzedaż mięsa i wyrobów wędliniarskich. W jedynym jednopiętrowym domu w rynku mieścił się urząd Gminy. Na placu rynkowym rosła trawa. Przez sam środek rynku przebiegała piaszczysta droga. W środku była studnia z kołem obrotowym. Stamtąd nosiło się wiadrami wodę do domów. Dookoła rynku rosły drzewa akacjowe.

Od rynku rozchodziły się ulice, które żadnych nazw nie miały. Ulica, która prowadziła do sąsiedniego miasteczka Krakowca nazywała się „krakowiecka”, itd. Jedna z ulic prowadziła do cmentarza żydowskiego, inna do cmentarza katolickiego. Przy tych ulicach stały małe domki, kryte papą, dachówką lub słomą. Mieszkali w nich gospodarze, czyli Polacy i Rusini, którzy mieli swoje pola w pobliżu i zabudowania gospodarskie koło domów. W niektórych z tych domów mieszkały także rodziny żydowskie, jak np. krawcy, blacharze, handlarze bydłem. Ludność miasteczka składała się bowiem z Polaków-katolików, Rusinów czyli grekokatolików i Żydów. Polacy mówili po polsku, Rusini po ukraińsku, a Żydzi w jidisz. Żydzi oczywiście w większości znali język polski i ukraiński.

Na placyku obok naszego domu stał kościół katolicki. Nigdy w tym kościele nie byłem. Z małego okienka na strychu przyglądałem się w czasie uroczystości kościelnych procesjom na ogrodzonym żelaznym płotem placu przykościelnym. Kościół był stary. W czasie I wojny światowej pocisk armatni uszkodził szczytową ścianę i dziura ta trwała jako pamiątka wojenna. Na tymże placyku mieściła się szkoła powszechna 7-klasowa. Do tej szkoły chodziłem wraz z innymi dziećmi z całego miasteczka. Lekcje odbywały się w języku polskim, ale była też lekcja języka ukraińskiego. Z tyłu za kościołem mieścił się klasztor. W pewnym okresie zakonnice również prowadziły niektóre klasy szkolne. Ja chodziłem tam do klasy drugiej i trzeciej. Pierwszą moją przyzwoitą zabawkę, którą podarował mi wujek z Wiednia, brat mojego ojca, a był to pajacyk blaszany, który za pociągnięciem sznurka zdejmował kapelusz, zabrała mi nauczycielka-zakonnica, za to, że bawiłem się tym pajacykiem na lekcji, i nigdy mi go nie oddała. Do dziś nie mogę tego zapomnieć.

Rusini chodzili do swojej cerkwi, która mieściła się z drugiej strony, tuż obok rynku. Dzwonnica kościelna miała 3 dzwony, a cerkiewna tylko jeden. Nieco dalej od rynku mieściła się poczta i posterunek policji państwowej. Na tejże ulicy był młyn parowy, w której później ustawiono maszynę diesel. Głos tej maszyny „pum, pum, pum” słychać było nawet u nas w domu. Obok znajdowała się gorzelnia, w której z ziemniaków i z jęczmienia wyrabiano spirytus. Młyn i gorzelnia były własnością dziedzica, pana Czernego. Dziedzic mieszkał na folwarku otoczonym parkiem. W tym parku stał mały pałacyk i domy służby dworskiej. Dzierżawcą młyna była rodzina Fajner. Fajnerowie mieli też i kaszarnię napędzaną kieratem konnym. W kieracie tym koń zaprzężony do belki chodził wciąż w koło i napędzał maszynę. W gorzelni pracował pan Bauer. Rodzina Bauerów mieszkała przy gorzelni i do nich wchodziło się po schodach. Ojciec rodziny był gorzelnikiem. Jedna z jego trzech córek, Lieba, wyszła za mąż przed wojną w roku 1938 za mojego wujka Zeliga Zilbersztajna. Wszyscy oni zginęli wraz z innymi Żydami miasteczka.

W Wielkich Oczach nie było prądu elektrycznego. Wieczorami zapalało się lampy naftowe. Ulice były nieoświetlone. Prąd elektryczny był tylko w młynie. Nie było też wodociągów. Wodę trzymało się w wiadrze. Ubikacje, czyli tak zwane wychodki, były na podwórzach i tam załatwiano potrzeby naturalne. Pół biedy w lecie, gorzej w zimie. Nie było brukowanych ulic, ani chodników. Po deszczu brnęło się w błocie. W błocie brnęły też zaprzęgi konne, bo żadna droga nie była utwardzona. Po prostu piasek. Tylko w niektórych miejscach ulice były wyłożone deskami dla pieszych. To były tak zwane „trotuary”. W piecach paliło się drzewem. Węgiel był nieznany. Jedynym środkiem lokomocji były furmanki. Do najbliższej stacji kolejowej, do Jaworowa, który był miastem powiatowym, było około 20 km.

Tuż za rynkiem od południowej strony stały synagoga i stara bóżnica, na którą mówiono Bejt Hamidrasz. Był to murowany, jednopiętrowy budynek, stary, z bimą pośrodku i Aron HaKodesz, czyli świętą skrzynią, w której przechowywano zwoje Tory, na ścianie wschodniej. Dookoła stały drewniane ławy i stoły. Na półkach leżały święte księgi do nauki Talmudu i do modlitwy. Na stołach stały lichtarze do oświetlania wnętrza świecami. Najwięcej miejsca zajmował duży ceglany piec do ogrzewania wnętrza. Za piecem tym miał legowisko niejaki Lippe, który palił w tym piecu w zimie i sprzątał wnętrze bóżnicy. W tej bóżnicy modlono się codziennie, także we wszystkie święta i soboty. Tam też można było o każdej porze dnia wejść poczytać i postudiować Talmud. Kobiety wchodziły do kobiecej części po drewnianych schodach i przez balkony, które wychodziły na główne pomieszczenie bóżnicy, uczestniczyły w sobotnich i świątecznych modlitwach.

Po przeciwnej stronie drogi stała synagoga. Duży, biały, jednopiętrowy budynek, chluba miejscowej gminy żydowskiej. Synagogę tą wybudowano ze składek amerykańskich Żydów, wychodźców z Wielkich Oczu. Stara bóżnica legła w gruzach w czasie okupacji niemieckiej w roku 1943, natomiast synagoga stoi do dziś. Widziałem ją na własne oczy, gdy byłem tam po wojnie. Mieścił się tam magazyn zbożowy miejscowej spółdzielni chłopskiej. Tam modlono się tylko w soboty. W zimie było tam zimno. Budynek nie był ogrzewany. Na schodach przed głównym wejściem odbywały się śluby i tam stawiano chupę. Tam też, w drodze na cmentarz żydowski, zatrzymywał się przed wejściem kondukt pogrzebowy dla odmówienia modlitwy.

W tej świątyni każdy, co zacniejszy Żyd, miał swoje stałe miejsce. Najbardziej honorowymi miejscami były miejsca przy ścianie wschodniej, gdzie mieścił się Aron HaKodesz. Na ścianie wschodniej miał swoje miejsce mój bł.p. dziadek, Izrael Majus. Z nim spędzałem w tym miejscu długie godziny modlitw. W synagodze były okna z kolorowego szkła; było uroczyście zimno. Bima z kutego żelaza, duży siedmioramienny świecznik, gdzie odwrócony twarzą do wschodu stał chazan, albo ten kto prowadził modlitwę. Obok było miejsce rabina. W pamięci mojej pozostała zasłona, parochet z fioletowego aksamitu z wyszywanymi złotymi literami hebrajskimi, zakrywająca Aron HaKodesz. Otóż tę zasłonę ofiarował dla synagogi mój wujek, bł.p. Leon Majus, gdy jeden jedyny raz za mej pamięci przyjechał do nas z Wiednia, gdzie stale mieszkał.

Gmina żydowska w Wielkich Oczach miała swego rabina i szojcheta, czyli rzezaka, który w rytualny sposób zabijał drób i bydło na mięso dla miejscowego rzeźnika. Rebe i szojchet mieszkali obok siebie w pobliżu synagogi. W sąsiednim domu mieszkała rodzina, która była uprawniona i miała urządzony piec do wypieku macy dla całej ludności żydowskiej na święto Pesach. Tam też był ręczny młynek do mielenia macy na mąkę macową.

W Wielkich Oczach nie było chasydów. Starsi pobożni Żydzi nosili brody i pejsy. Kto dłuższe, kto - jak mój dziadek, krótsze. W soboty idąc do modlitwy ubierali czapki z lisich skórek, tzw. sztrajmeł, lub tak jak mój ojciec kapelusze. Posiadanie pejsów było obowiązkowe. Każdy żydowski chłopak i każdy dorosły je nosił. Mnie, gdy strzyżono włosy na głowie, zawsze pozostawiano koło uszów pejsy. Nie znam przypadku, by ich ktoś nie miał.

W soboty, niedziele i święta kościelne sklepy, sklepiki i warsztaty żydowskie musiały być zamknięte. Na ogół Żydzi, Polacy i Rusini, czyli cała ludność miasteczka, żyli w zgodzie. Wszyscy się znali. Nie przypominam sobie, by były jakieś ekscesy antyżydowskie. Natomiast często na ścianach i płotach pojawiały się napisy ośmieszające Żydów, albo wzywające do niekupowania w sklepach żydowskich, a także nawołujące Żydów do wyjazdu do Palestyny. Oto niektóre zapamiętane przeze mnie z dzieciństwa: „Żyd – Chałamyd”, „Bij Żyda. Kto Żyda bije ten długo żyje”, „Żydy do Palestyny”. Chłopcy i koledzy szkolni wołali „Cybuch fajka ma dwa jajka, przyszedł tygrys - Żyda wygryzł, przyszedł lew - wypił krew, a ten cybuch żeby zdechł”. Cybuch to oczywiście Żyd.

Rusini, czyli Ukraińcy zamieszkujący Galicję Wschodnią w Polsce międzywojennej, marzyli o niepodległym państwie ukraińskim. Mieli swoje nacjonalistyczne podziemne i oficjalne organizacje, zwalczane przez rząd polski. Między dziećmi szkolnymi kursował taki oto wierszyk: „Tu pagórek, tam dolina, w dupie będzie Ukraina”. Uważano to wszystko za naturalne i zbytnio się tym nie przejmowano. W święto Sukot wszystkie rodziny żydowskie stawiały obok domów, na podwórzach, szałasy. Służyły one za idealny cel dla obrzucania kamieniami przez nieżydowskich chłopców, w czasie gdy spożywaliśmy tam tradycyjne, świąteczne posiłki.

Zdarzało się, że do Wielkich Oczu miał zajechać jakiś cadyk albo biskup. Na spotkanie cadyka ludność żydowska miasteczka szykowała się wcześniej. Żeby cadyk, broń Boże, nie zabłocił sobie nóg, szykowano specjalną lektykę noszoną przez czterech mężczyzn. Cadyk przeważnie przyjeżdżał ze strony Lubaczowa. Już na rogatkach oczekiwano go z tą lektyką i stąd cała ludność żydowska towarzyszyła mu do domu rabina i do bóżnicy. Rabin wychodził przed dom i przyjmował cadyka w tałesie. Obok orszaku chłopcy żydowscy na koniach stanowili gwardię przyboczną. Dla oddania czci cadykowi do przywitania go wychodził do rogatek miasta także burmistrz albo wójt oraz miejscowy ksiądz w asyście znaczniejszych gospodarzy. Podobnie witano biskupa katolickiego gdy przybywał do miasteczka. Dzwony biły w kościele i w cerkwi. Żydzi wychodzili do rogatek miasta ze zwojami Tory, a biskup wysiadał z lektyki i całował Torę. W czasie świąt żydowskich do bóżnicy na krótko przybywał burmistrz albo wójt w czasie modlitwy, zwłaszcza gdy odmawiano modlitwę w intencji głowy państwa polskiego, prezydenta Ignacego Mościckiego albo marszałka Józefa Piłsudskiego. W modlitewnikach naszych, którymi posługiwaliśmy się, a które pochodziły z czasów przedwojennych, gdy cała Galicja należała do Cesarstwa Austro-Węgierskiego, gdzie panował cesarz Franciszek Józef, w modlitwie za pomyślność panującego, ten ostatni był wymieniony. Wszyscy modlący się, z których większość nie rozumiała tekstu modlitwy w języku hebrajskim, nie zdając sobie sprawy, prosiła Boga o zdrowie dla cesarza Franciszka Józefa, choć ten już dawno nie żył.

W miarę upływu czasu, gdy w Niemczech faszyści rozwijali swoją antyżydowską działalność i propagandę, także panujące w Polsce endeckie i inne nacjonalistyczne ugrupowania przejmowały ideologię faszystowską i rozwijały nagonkę antyżydowską. Nam chłopcom żydowskim nie wolno było należeć do harcerstwa. Zazdrościłem moim kolegom tego, że chodzili w mundurach harcerskich na swoje zbiórki. Nie przyjmowano nas także do organizacji „Strzelec”, gdzie starsi chłopcy ćwiczyli już z karabinami. Wystrugaliśmy sobie z desek karabiny i też naśladowaliśmy tamtych. Powstało Kółko Rolnicze, które otworzyło swoje konkurencyjne dla Żydów sklepy. Na ścianach pojawiły się napisy „Nie kupuj u Żyda”, „Swój do swego”, „Polska dla Polaków”. Była to zapowiedź grożącego niebezpieczeństwa, z którego niestety nikt w miasteczku nie zdawał sobie sprawy.

Nasz dom był parterowy, murowany z czerwonej cegły. Stał w rynku pod nr 2. Składał się z 4 pomieszczeń. Z tyłu domu był nieduży ogródek warzywny i małe podwórko. Od strony podwórza do domu przylegała letnia kuchnia, którą nazywano gankiem. Stąd prowadziły schody na strych. Dwa pomieszczenia wychodziły na rynek, dwa podobnej wielkości miały okna od strony podwórka. Kuchnia „ślepa”, bez okna na zewnątrz, mieściła się pośrodku domu i przedzielała część frontową od strony podwórzowej. Dom miał dwa wejścia. Jedno od strony rynku, drugie od podwórza. Wejściem od rynku wchodziło się do sklepu. Ze sklepu można było wejść do pokoju zajmowanego przez dziadków Majusów i do kuchni. Z kuchni, albo wejściem od strony podwórza, wchodziło się do pokoju rodziców i sypialni. Ze sklepu przez pokrywę w podłodze wchodziło się do piwnicy. Nad wejściem do sklepu wisiał dzwonek, który dźwięczał gdy ktoś otwierał drzwi. W ten sposób sygnalizował wejście każdego klienta do sklepu. W sklepie początkowo sprzedawano towary bławatne, potem asortyment zmienił się na towary galanteryjne, bo te nie wymagały dużego kapitału obrotowego. Tuż przed wybuchem wojny w 1939 roku w sklepie mieściła się już tylko trafika, czyli sprzedaż tytoniu i papierosów z tzw. monopolu. Sklep był, a raczej miał być, źródłem utrzymania dla całej rodziny. Sklepów takich było w miasteczku kilka, wzajemnie ze sobą walczących o każdego klienta. Klientami była przeważnie ludność miejscowa i chłopi z okolicznych wiosek.

Życie rodzinne koncentrowało się w kuchni. Większą część kuchni zajmował piec do wypieku chleba i piec kuchenny do gotowania, a nad nim okap prowadzący do komina. W kuchni, mimo że była najciemniejszym pomieszczeniem w domu, jadało się posiłki przy stole, gdzie każdy miał swoje stałe miejsce. Tu spędzało się długie zimowe i jesienne wieczory przy przenośnej lampie naftowej. Tu odrabiałem lekcje. Tu było ciepło od pieca kuchennego i chlebowego. W innych pokojach nie paliło się w piecach dla oszczędności drzewa opałowego. Kuchnia służyła także jako łazienka, bo tu stała miednica i wiadro z wodą. Kąpaliśmy się w blaszanej wannie, którą przynoszono ze strychu, zawsze przed świętami, a przed świętem Pesach obowiązkowo. Potrzeby naturalne załatwiano w wychodku na podwórzu. W nocy używano nocnika. Każdej zimy mrozy dochodziły do dwudziestu kilku stopni, śnieg zasypywał plac rynkowy, ulice i pola. W mieszkaniu bywało tak zimno, że woda zamarzała w wiadrze. Wichury zrywały z dachu dachówki i przez te dziury śnieg padał na strych. Trzeba go było zbierać i wynosić zanim stopnieje i przemoczy sufity. Ojciec nigdy mnie nie uderzył, ale gdy pewnej zimy prosił mnie, żebym Mu pomógł zgarniać ten śnieg, a ja odmówiłem, to wówczas dostałem lanie, które do dnia dzisiejszego pamiętam.

Byliśmy bardzo biedni. Inni chłopcy, moi koledzy, mieli zgrabne robione u stolarza sanki. Mnie dziadek zrobił sanki sam, z kilku desek. Z desek też były płozy. Wstydziłem się, że mam takie sanki, ale co miałem zrobić. Zjeżdżałem na nich z pagórka koło domu, ale z górki, która była koło gorzelni bałem się na tych sankach zjeżdżać.

Nigdy nie miałem żadnego nowego ubrania. Zawsze nosiłem rzeczy przerabiane przez Mamę z ubrań dorosłych. Mama miała maszynę do szycia i na niej szyła dla całej rodziny i reperowała bieliznę. Na pierwszą, nową kupioną w sklepie koszulę sam sobie zarobiłem korepetycjami, gdy miałem 13 lat. W piątej klasie dostałem w prezencie od Ojca teczkę skórzaną, używaną, do noszenia książek do szkoły. Teczkę tę Ojciec kupił mi na targu. Przedtem nosiłem książki na sznurku do szkoły. Mam dziś tę tęczkę przed oczami. Byłem z niej dumny. W rogu sklepu dziadek zmajstrował z nieheblowanych desek szafkę. W niej Babcia miała zawsze schowane własnej roboty konfitury, którymi czasem smarowała mi chleb z masłem. Szafka była zamykana na kłódkę. Raz Ojciec zrobił mi wspaniały prezent. Zamówił dla mnie u stolarza szafkę na książki z szufladą i dwiema półkami. Szafka stała przy mym łóżku i pachniała białą farbą.

Miałem dwóch dziadków i dwie babcie. Ten najważniejszy dziadek nazywał się Izrael Majus. Mówiono na niego Srul. Był szczupły i wysoki. Nosił małą bródkę i ledwo widoczne pejsy. Ubierał się zawsze na szaro lub na czarno. Nosił okulary w drucianej oprawie. Nigdy się nie śmiał. Palił papierosy zawijane w bibułki firmy Solali. Kupionego papierosa dzielił na pół, tytoń wysypywał na bibułkę i zawijał papierosa. Prowadził mnie zawsze za rękę na modlitwy w piątek wieczorem i w sobotę do nowej synagogi, ubrany w czarną bekieszę przewiązaną czarnym jedwabnym sznurem. Uczył mnie jak prawidłowo trzymać młotek, wbijać gwoździe. Robił ze mną na podwórku zabawki z kawałków desek. Nigdy Go nie pytałem jakie miał dzieciństwo, kim byli Jego Ojciec i dziadek, skąd do Wielkich Ócz przybyli. Dziadek znał dobrze język niemiecki. W domu stały na szafie różne niemieckie książki, przeważnie gotykiem pisane, niektóre ilustrowane. Żałuję bardzo, że nic o swoim dziadku nie wiem. On sam o sobie nie opowiadał. Miał przy stole w kuchni swoje stałe miejsce. Po każdym obiedzie pił herbatę z grubej szklanki, trzymając ją w dłoniach. Umarł kilka lat przed wojną. Pochowany na żydowskim cmentarzu w Wielkich Oczach. Należał do pokolenia Lewitów.

Żoną mojego dziadka Izraela, czyli moją babką ze strony Ojca, była Elka. Tak Ją nazywano. Była niższa od dziadka. Miała własne włosy, czyli nie nosiła peruki, tak jak inne kobiety żydowskie. W tym to czasie, a także dzisiaj w religijnych rodzinach żydowskich, zaraz po wyjściu za mąż strzyżono włosy na zero. Zamiast własnych włosów żydowskie kobiety nosiły peruki. Moja Mama także miała własne włosy. Babcia Elka nosiła okulary, tzw. cwikiery, oprawione w drucianą ramkę, które trzymały się na nosie. Babcia często mnie strofowała. Do dziś pamiętam zdarzenie. Porysowałem kijem podwórko, gładko przez Babcię zamiecione przed chwilą. Usłyszałem wtedy „zniszczyłeś Fusboden (podłogę)”.

Imię Babci Elka i imię mojej Cioci Róży, która zmarła w Szwajcarii zanim ja się urodziłem, służyły w domu za szyfr rodzinny, którym posługiwano się przy oznaczaniu w sklepie cen poszczególnych towarów. Poniżej tych cen towaru się nie sprzedawało, bo nie byłoby wtedy żadnego zysku. Imię Babci w połączeniu z imieniem cioci Rozy zastąpiły cyfry. Tak to wyglądało:

E l k i   e t   R u z a

1 2 3 4  5 6  7 8 9 0

Targując się z klientem o cenę każdy z domowników wiedział jak dany towar sprzedawać. Babcia przeżyła Dziadka o 1 rok i także zmarła własną śmiercią we własnym łóżku, tak jak Dziadek przed wojną. Pochowana obok Dziadka na cmentarzu żydowskim.

Mój Dziadek ze strony Matki nazywał się Salomon Zilbersztajn, a jego żona Rachela. Była to druga żona Dziadka Zilbersztajna. Pierwszej żony tego Dziadka, czyli prawdziwej Babci, czyli matki mojej Mamy, nie znałem. Zmarła zanim ja się urodziłem. Dziadkowie Zilbersztajnowie mieszkali w Wielkich Oczach przy drodze prowadzącej na cmentarz katolicki, we własnym drewnianym domku. Koło domu rosła grusza, która rodziła mnóstwo smacznych gruszek. Dziadek Salomon miał krótką, rudą brodę. Handlował surowymi skórami. Mieli dwóch synów, moich wujków. Starszy był Zelig. Był najbardziej uczony w Wielkich Oczach, bo tylko on jeden był studentem i miał tzw. małą maturę, a pracował w gminie jako sekretarz. Był więc urzędnikiem niemalże państwowym. Jego brat Josie pomagał Dziadkowi Salomonowi handlować skórami. Dziadek Salomon zmarł przed wojną. Jego żona Rachel jakimś cudem znalazła się na północy Rosji w republice Komi i tam prawdopodobnie zmarła. W Holocauście w okolicach Lwowa zginęli także mój wujek Zelig, wraz ze swoją młodą żoną, bo zdążył tuż przed wojną ożenić się, a także jego brat, mój wujek Josie.

Z całej mojej bliskiej rodziny Holocaust przeżył jako jedyny inny syn Dziadka Salomona, brat mojej Mamy. Nazywał się Emanuel Zilbersztajn. Przeżył wojnę, bo mieszkał w Berlinie i zdążył przed prześladowaniami uciec do Ameryki z żoną Saly.

Ryszard (Reuven, Ryzio) Majus, Tel Awiw, 1992

Mapa

Polecane

Zdjęcia

Słowa kluczowe