Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Projekt "Shtetl Routes" ma na celu wsparcie rozwoju turystyki w oparciu o żydowskie dziedzictwo kulturowe pogranicza Polski, Białorusi i Ukrainy.

Wersja beta

Teatr NN

Opowieść Shmuela Atzmona-Wircera

Opowieść Shmuela Atzmona-Wircera (2006, 2007)

ze zbiorów programu Historia Mówiona, Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN"

Opowieść Shmuela Atzmona-Wircera

Polsko-żydowski Biłgoraj

Wspominam moje młode lata bardzo ciepło w sercu. Bo Biłgoraj to było małe miasteczko, sztetl. Bardzo biedne miasteczko. Było tam wiele biedoty. Ja tego nie odczuwałem, bo naprawdę byliśmy dobrze usytuowani. Dziadek był dość zamożnym człowiekiem, miał duży dom. My też mieszkaliśmy w kamienicy – wtedy w Biłgoraju kamienica to było coś co stanowiło o zamożności, o bogactwie.

Pamiętam Biłgoraj jako miasto, gdzie Polacy i Żydzi mieszkali między sobą. Byli bardzo zaprzyjaźnieni, a nawet więcej, byli bardzo zależni jeden od drugiego, ponieważ cały wyrób  np. sit był w rękach i żydowskich, i polskich, ale przeważnie sami Żydzi handlowali tymi sitami po całym świecie. Podobnie lasy itd.

Jest to prawda, że w XVII wieku, nie pamiętam dokładnie, który polski król umarł i nie był jeszcze wybrany następca, szlachta nie mogła się zdecydować, a nie chciała i nie mogła zostawić Polski bez króla i wtedy postanowili na 24 godziny albo 48 godzin mianować na króla Żyda pochodzącego z Biłgoraja z naszej familii, dopóki szlachta się nie dogada i nie wybierze nowego króla. To jest fakt historyczny. Wiedzieli, że można powierzyć Żydowi królestwo, że je odda. I tak się stało.  Pamiętam też opowiadania o Biłgoraju, że jest to centrum okręgu przemysłowego, bo tu rozwijał się przemysł lasu, przemysł zboża, przemysł agrokultury i sit.

Szkoła powszechna i szkoła hebrajska

Chodziłem do szkoły, uczyłem się nieźle, byłem dobrym uczniem. Pamiętam moją nauczycielkę, panią Jasińską i dyrektora szkoły, pana Plizga. Chodziłem także do hebrajskiej szkoły, tak że byłem zajęty od  rana od ósmej do pierwszej w polskiej szkole, a od trzeciej do szóstej w hebrajskiej. Za dużo czasu nie miałem na granie, bawienie się z dziećmi, ale kiedy trzeba było to znalazłem ten czas.

„Żydowskie” miejsca w Biłgoraju

Pamiętam sklep mego dziadka. Sklep był naprzeciwko magistratu. Lubiłem chodzić do tego sklepu. Chodziłem tam, bo zawsze dostawałem jakieś podarki, tu zeszyt nowy, tu jakieś pióro, tu coś do rysowania. Nie tylko dziadek miał tam sklep. Miał też sklep nasz wujek, Goldberg; Basia Goldberg to kuzynka mojej matki. Mieli wielki sklep spożywczy, gdzie podczas targów masę chłopów przychodziło zakupować cukier, masło, śledzie. Był jeden bardzo bogaty Żyd, który się nazywał Arman. Miał drut i z tego drutu robili takie płoty druciane. Ja tam chodziłem się bawić, brałem te druty, które odpadały, ażeby robić z nich zabawki.

Byli tu Kronenbergowie – mieli pierwszą drukarnię w ogóle w Polsce, setki lat drukowała księgi  święte, wtedy drukowali tam z ołowiem. Tam też chodziłem się bawić, znajdowaliśmy odpadki ołowiu i robiliśmy sobie z tego różne rzeczy. My jako dzieci żyliśmy w toku tego, co się działo w mieście, mogliśmy chodzić z podwórka na podwórko, gdzie się coś robiło, np. było takie podwórko gdzie wyrabiano sznury. Bawiliśmy się i dostawaliśmy małe sznury do zabawy. Chcę przez to powiedzieć, że było to miasto otwarte dla dzieci, otwarte dla współżycia ludzi, którzy żyli wspólnie, byli ze sobą związani, a nie żyli oddzielnie jak dzisiaj. Wiedzieli, co się dzieje u drugiego albo u trzeciego.

Synagoga w Biłgoraju

W Biłgoraju była wielka synagoga, do której prowadzono dzieci po ukończeniu trzech i pół roku. Wtedy można było ich podstrzyc, założyć pejsy itd., bo zaczynały chodzić do chederu. Pamiętam, jak mnie, kiedy miałem trzy i pół roku, dziadek i ojciec prowadzili za rękę. Po drodze wszyscy nas błogosławili, my mówiliśmy: „o szalom” itd. Byłem jedynakiem mojego dziadka (jako wnuk). To było w 1933 roku, pod koniec Święta Sukkot, bo wtedy zaczynają od nowa czytać Torę: jest tak przyjęte, że jak zaczynają do nowa czytać Torę, wtedy przyprowadza się tych małych chłopców, którzy mają iść do chederu, żeby weszli i pocałowali Torę. Te dzieci mają też przeczytać pierwsze dwa, trzy słowa. To ważne wydarzenie i zapamiętałem, jak mnie wtedy obaj prowadzili do synagogi.

Synagoga była bardzo ładna, o ile pamiętam. Był tam wielki aron, gdzie stały Tory i był wielki baldekis, gdzie stał rabin i skąd przemawiał do ludzi. Było drugie piętro dla kobiet. Mnie wprowadzono w taką scenę: odkryli Torę i powiedzieli: „Tutaj zaczynasz czytać od bereszit” tak się tam zaczyna. Ojciec mi mówi: „Poliż te dwa słowa.” Polizałem je i okazało się, że nakropili na nie miodu, co było symbolem tego, że słowa Tory są słodkie – do dziecka szczególnie to przemawiało.

Dzieciństwo w Biłgoraju

Dzieciństwo w Biłgoraju kojarzy [mi] się z uczeniem literek, uczeniem literatury, uczeniem języków. Ja mając osiem i pół roku mówiłem w trzech językach. Pisałem w dwóch, bo jidysz nie pisano – mówiono. Ale pisałem po hebrajsku, pisałem po polsku oczywiście. Kojarzy mi się też z zaczęciem tej żyłki twórczości, która się u mnie [pojawiła] dzięki mojej nauczycielce, pani Jasińskiej, której w swoim życiu nigdy nie zapomnę. Ona miała dobre, wspaniałe podejście do mnie, jako małego chłopczyka. Byłem łobuzem nie z tej ziemi, byłem strasznie silny. Biłem się z chłopakami polskimi, tak samo, jak oni się bili z nami. Byłem w drugiej klasie, [biłem się z kimś], krew mu poszła, skarżyli się. „Nie skarżcie się pani Jasińskiej, bo ona nie jest znajduchem”. I poszli i powiedzieli, że Szmuelik powiedział, że pani Jasińska jest znajduchem. Wywołała moich rodziców i won ze szkoły. Ja powiedziałem „znajduchem”, bo myślałem, że to jest człowiek, który się znajdzie we wszystkich sytuacjach. Nie wiedziałem, że to jest oskarżenie. Więc pani Jasińska powiedziała: „Dobrze, przyjmuję tą odpowiedź, ale pójdziemy do Plizgi” – to był wtedy dyrektor szkoły. Postanowiono mi dać karę, żebym wyuczył się Pana Tadeusza, nie wiem ile strof, na pamięć. Takie było podejście tej pani Jasińskiej. Ja się wyuczyłem wtedy i wtedy przyszedłem po tygodniu i recytowałem: „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie...” itd. I nagle powiedziała pani Jasińska: „Słuchajcie, widzicie, ten Żydek tak ładnie recytuje po polsku. Weźmiemy go do teatru”. I zaczęła się kariera moja. Po tym dowiedzieli się w hebrajskiej szkole, to w hebrajskiej szkole już recytowałem po hebrajsku. W Biłgoraju zaczęła się ta twórczość. I ja to wykorzystywałem zawsze, aby być w centrum dzieci, w centrum ludzi. Bo to jest życie aktora. Bez publiczności on nie istnieje. I to jest moje pierwsze [skojarzenie].

I jeszcze przed tym pamiętam jak mnie prowadzono do chederu, miałem trzy i pół roku i chodziłem z ojcem i z dziadkiem moim, Josefem Rapaportem. Dzieci zaczynają wtedy od nowa czytać Biblię, więc wtedy namazano na „B” [miodem] i ja językiem [lizałem], żebym wiedział, że to jest święte, że litera jest świętą rzeczą i słodką. Ja lubię języki, ja lubię słowa, odnoszę się do tego. Słowo jest dla mnie bardzo ważne. Na końcu języka znajduje się świat – tak zawsze mówiła mi matka. I słowo może być słowem podtrzymującym, słowem optymistycznym i może być też jako narzędzie zabijające człowieka. Trzeba zawsze myśleć i panować [nad językiem]. Zawsze ojciec mówił: „Dopóki nie odpowiesz, licz do dziesięciu. Nie odpowiadaj od razu, nawet jak masz odpowiedź”. Te wszystkie rzeczy kojarzą się z moim dzieciństwem w Biłgoraju.

Oczywiście moje dzieciństwo było rozdzielone na dwie części: do '39 roku i od '39 roku.

Znajomi z Biłgoraja

Szymka Warszawski był taki w Biłgoraju. Handlowali [tym], z czego się robi sznury. Siostra jego była uratowana. Napisała wspaniałą książkę po hebrajsku. Był Chaimek Bergerfrajd, też kolega mój. Opowiadali o nim, że [w dzień], kiedy spadła bomba on przyszedł do mnie. To był piątek 8 września, przyszedł do mnie o godzinie pierwszej po szkole, skonstruować samolot z deseczek, które kradliśmy na magazynie – tam u nas był sklep Grosmanów, mieli takie różne rzeczy, braliśmy gwoździe. I nagle wchodzi nasza Marysia i krzyczy do mojej matki: „Pani Frajdo! Ptaki ogromne lecą!”. Matka moja wyszła z domu, popatrzała, ja tutaj siedziałem i z nim się bawiłem, patrzymy i nagle bomba wpadła w dom. Tak nas rzuciło, mnie z matką, na ziemię daleko, a Chaimka gdzieś za jakimś drzewem. Matka mnie od razu objęła, zaczęli się zbierać ludzie, tam Chaimek siedział przy tym drzewie drżący. Nagle nadszedł jego ojciec i zamiast go objąć, mówił: „Czego ty idziesz na to miejsce, gdzie padają bomby!?”.

Drugi epizod z nim miałem przechodząc przez szkołę, już kiedy Niemcy byli, na Kościuszkowskiej, gdzie się uczyliśmy. Szliśmy, tam jeńcy byli polscy, ktoś krzyczał: „Wodę, wodę, wodę!”. A niedaleko stąd była studnia. Wzięliśmy jakieś wiadro i podeszliśmy dać im wodę – dzieci, ja miałem dziesięć lat. I Niemiec na to zaszedł i zaczął się gnać za mną, a ja byłem łobuzem, biegałem jak nie wiem co, jak piorun. A [Chaimek] nie zdążył, to go złapał. Kolbą go strasznie zbił. Sześć tygodni leżał, męczył się. Wyszedł z tego, ale całe swoje życie jąkał się od tego zamachu. [Później też] był w Izraelu, przeszedł to samo.

Oprócz tego przypomnę kolegę, z którym siedzieliśmy w tej samej ławce w hebrajskiej szkole i uczyliśmy się w tej samej polskiej klasie u pani Jasińskiej, ale [tu] nie siedzieliśmy razem. To jest Ben-Zion Tajtelbaum. [Jego ojcem] był taki krawiec w Biłgoraju. Też wyjechali do Rosji wtedy. [Ben-Zion] z bratem ocaleli, jego starszy brat zdążył jeszcze być mobilizowany do armii Andersa, a jego wysłali z dziećmi przez Teheran do Palestyny. I w Palestynie on się zaczął uczyć w kibucu. W każdym bądź razie wpadł w [niewolę] jordańską podczas wojny. Siedział dwa i pół roku jako [jeniec]. Wrócił stamtąd poetą. I [był] dość znanym poetą hebrajskim. Po hebrajsku pisał. Zmienił swoje [nazwisko] z Tajtelbaum na Tomer. Po hebrajsku to jest to samo znaczenie. Ja też zmieniłem swoje imię. Z Wircera na Atzmona – to imię dał mi pierwszy minister kultury izraelskiej. Siedziałem z nim, wielkim aktorem, byłem jego asystentem, naprzeciwko góry Atzmon. On: „No co pan ma mieć to [nazwisko] Wircer takie, niech pan zmieni”. Ja mówię: „Ja nie wiem [na jakie] to mam zmienić”. „No widzi pan, tutaj góra taka wielka, Atzmon – ładne imię. Każdy aktor chce być na wzgórzu. To niech pan sobie [zmieni]. Ale nie stój pan na jednym miejscu tak jak góra”. I zmieniłem. [Wracając do Tomera] – on napisał dwa dramaty, jeden z nich bardzo udany, do dzisiejszego dnia grany. Napisał o mnie i o nim. Sztuka nazywa się Dzieci cieni o dzieciach uratowanych z Holokaustu. Ben-Zion Tomer.

Mam też jego jednego kolegę, Icchak Gelber. Spotykałem go w Ameryce. Już wyjechali do Ameryki, kiedy ja studiowałem w Ameryce.

Dom rodzinny i najbliższa okolica

Szewska 3. Długi dom jednopiętrowy. Z lewej strony był bank spółdzielczy. Podwórko, przejście i sklep Grosmana. To było przejście, gdzie tragarze siedzieli zawsze, bo to było koło rynku. Wiedziałem, że tutaj oni siedzą. Ja bardzo lubiłem z nimi być, bo oni jedli kartofle, takie różne proste rzeczy, których matka nie pozwalała mi jeść. Byli Grosmanowie – znane lody w Biłgoraju. Był sklep hurtowy, gdzie mieli takie różne rzeczy, stąd kradliśmy je, braliśmy. I tu się bawiliśmy.

Mapa

Polecane

Zdjęcia

Słowa kluczowe